Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 92
— Aha! niech pan nie pozwala im podawać mu za wiele tego... ten rosół jest zbyt mocny... niech panienka doleje doń nieco wody, jeśli łaska... dziś nie dawać mu więcej... rozumie panienka... niż pół kieliszka klaretu, chyba że obecny tu doktor zaleci inaczej.
Co powiedziawszy, doktor Dillon wyszedł, a jego ogniste rumaki, pochłaniając przestrzeń dudniącymi po gościńcu kopytami, powiozły go całym pędem ku Dublinowi, gdzie zamierzał poświęcić dwie gwinee otrzymane od Toole'a pogańskim bożkom, którym co noc oddawano cześć w starym Saint Columbkill.
— Najlepiej będzie, jeśli niezwłocznie ujmiemy to w formę zeznania, sir — rzekł Lowe, sadowiąc się przy biurku obok łóżka i biorąc do ręki pióro. Przypatrywał się surowej, zapadniętej twarzy wskrzeszonego lekarza, przywołanego jak gdyby ”z podziemi zmarłych i od wrót ciemności”, by wyjawić straszliwą tajemnicę i wskazać zimnym palcem głowę nie wykrytego dotychczas mordercy.
— Proszę opowiedzieć to tak zwięźle, jak tylko pan zdoła, sir, lecz bez pośpiechu — rzekł Toole mierząc tętno chorego. Sturk był posępny i przestraszony jak człowiek, na którym spoczęła ręka kata.
— To ten przeklęty łotr... Charles Archer... proszę to napisać... to był podły cios... sir, zamordował mnie... wydaje mi się.
Zamilkł na chwilę.
— Dajcie mi łyżkę wina... wyjeżdżałem z miasta o zmroku... dziś wieczór...
— Nie, sir, leży pan tu już jakiś czas, ogłuszony i nieprzytomny.
— Co! Jak długo?
— Obecnie nie ma to znaczenia, sir. Proszę jedynie wymienić datę, kiedy to się stało.
Sturk wydał głuchy jęk.
— Czy umieram? — spytał.
— Nie, sir, nic podobnego... daleko panu do tego — odparł Toole.
— Pęknięcie? — pytał Sturk słabym głosem.
— No cóż... tak... coś w tym rodzaju... istotnie... właśnie pęknięcie, lecz wszystko idzie doskonale, sir.
— Rana kłuta czy... postrzałowa? — dopytywał Sturk.
Co powiedziawszy, doktor Dillon wyszedł, a jego ogniste rumaki, pochłaniając przestrzeń dudniącymi po gościńcu kopytami, powiozły go całym pędem ku Dublinowi, gdzie zamierzał poświęcić dwie gwinee otrzymane od Toole'a pogańskim bożkom, którym co noc oddawano cześć w starym Saint Columbkill.
— Najlepiej będzie, jeśli niezwłocznie ujmiemy to w formę zeznania, sir — rzekł Lowe, sadowiąc się przy biurku obok łóżka i biorąc do ręki pióro. Przypatrywał się surowej, zapadniętej twarzy wskrzeszonego lekarza, przywołanego jak gdyby ”z podziemi zmarłych i od wrót ciemności”, by wyjawić straszliwą tajemnicę i wskazać zimnym palcem głowę nie wykrytego dotychczas mordercy.
— Proszę opowiedzieć to tak zwięźle, jak tylko pan zdoła, sir, lecz bez pośpiechu — rzekł Toole mierząc tętno chorego. Sturk był posępny i przestraszony jak człowiek, na którym spoczęła ręka kata.
— To ten przeklęty łotr... Charles Archer... proszę to napisać... to był podły cios... sir, zamordował mnie... wydaje mi się.
Zamilkł na chwilę.
— Dajcie mi łyżkę wina... wyjeżdżałem z miasta o zmroku... dziś wieczór...
— Nie, sir, leży pan tu już jakiś czas, ogłuszony i nieprzytomny.
— Co! Jak długo?
— Obecnie nie ma to znaczenia, sir. Proszę jedynie wymienić datę, kiedy to się stało.
Sturk wydał głuchy jęk.
— Czy umieram? — spytał.
— Nie, sir, nic podobnego... daleko panu do tego — odparł Toole.
— Pęknięcie? — pytał Sturk słabym głosem.
— No cóż... tak... coś w tym rodzaju... istotnie... właśnie pęknięcie, lecz wszystko idzie doskonale, sir.
— Rana kłuta czy... postrzałowa? — dopytywał Sturk.
www.belloeforte.pl


