Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 9
i zagadkowej twarzy o okrągłych, oprawnych w srebro oczach i o ustach, które drgały nieznacznie przybierając wyraz wzgardy, jakiego Mervyn nigdy przedtem nie dostrzegł.
— A więc ośmielam się prosić pana o ujawnienie lub opowiedzenie mi wszystkiego, co jest panu wiadomo o niejakim Charlesie Archerze,
Dangerfield przekrzywił głowę pytająco i uśmiechnął się niemal niedostrzegalnym cynicznym uśmiechem.
— Nie mogę ujawnić niczego, gdyż ów gentleman nigdy nie powierzył mi swych tajemnic, lecz służę panu wszelkimi wiadomościami, jakimi rozporządzam.
— Czy może pan go wskazać, sir? — spytał Mervyn nieco mniej surowym tonem, gdyż nie wyczuwał fałszu ani chęci ukrycia czegokolwiek w poważnym, a jednocześnie zupełnie swobodnym zachowaniu Dangerfielda, który z niedbale skrzyżowanymi nogami przechylił się do tyłu w fotelu, w pełnym, jasnym świetle dnia.
Dangerfield uśmiechnął się, potrząsnął lekko głową i niemal niedostrzegalnie wzruszył ramionami.
— Czy pan go nie zna? — zapytał Mervyn.
— Cóż — odparł Dangerfield unosząc podbródek i łącząc czubki palców obu rąk. Oparł swobodnie łokcie na poręczach fotela — Charles Archer, choć może pan o tym nie wie, nie był człowiekiem z którym znajomość przyniosłaby komukolwiek zaszczyt, moja zaś z nim znajomość była w rzeczy samej całkowicie przypadkowa i krótkotrwała.
— Czy mogę pana spytać o jedno: czy nie opuszczając tego miasta mógłby pan położyć na nim rękę?
— No cóż, nie byłoby to zbyt łatwe — odparł Dangerfield
z tym samym wyrazem cynicznego rozbawienia — w tym wypadku trzeba byłoby wyciągnąć ramię aż do Florencji, a i wówczas niewiele byśmy zyskali na tym odkryciu.
— Lecz pan go zna? — nalegał Mervyn. — Znałem go, sir, choć bardzo powierzchownie — odparł Dangerfield.
— Lecz, jak pojmuję, sir, można go spotkać od czasu do czasu tu, w mieście? — ciągnął gość.
— Jeden tylko człowiek widuje go, a jest nim zakrystian parafialny... jakże on się nazywa?... Zekiel Irons... on