Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 87
Później nastąpiło długie mamrotanie i:
— Krzyżowo, oczywiście.
Słowa te wypowiedział doktor Dillon tuż przy drzwiach, do których podszedł, by wziąć ze stołu dodatkową, stojącą tam świecę. Gdy oddalił się od nich, znowu dobiegło ją jedynie mamrotanie, lecz nagle usłyszała całkiem wyraźnie:
— Proszę trzymać tu rękę. A po paru sekundach:
— Trzymać tu i nie dopuścić, by kapało.
Potem rozmowa przeszła znów w mamrotanie, aż wreszcie wydało się jej, że słyszy:
— Zaczynaj.
Nastąpiła śmiertelna cisza trwająca wiele sekund. Pani Sturk poczuła przemożne pragnienie krzyku, serce jej biło jak oszalałe, zaschniętymi, pobladłymi wargami błagała cicho Stwórcę o ratunek; była bardzo osłabiona i bliska obłędu.
Słyszała, że rozmawiają urywanymi, przyciszonymi głosami. Później ponownie nastąpiło długie milczenie, aż wreszcie rozległ się okrzyk — przeraźliwie wywołujący owe imię — uświęcone i straszliwe, którego nie pomylimy nigdy w podobnych opowieściach.
Był to głos Sturka wrzeszczący przeraźliwie ”Mord... litości... panie Archer!”
Biedna pani Sturk odpowiedziała głośnym, histerycznym, drżącym płaczem i poczęła gwałtownie szarpać klamkę, napierając ze wszystkich wątłych sił na drzwi, starając się dostać do wewnątrz i krzycząc piskliwym crescendo: ”Och, Barney... Barney... Barney... kochanie... cóż oni czynią?”
— Och! Błogosławiona godzino! Proszę pani, to pan sam przemówił — i pobladła służąca stojąca przy drzwiach poczęła wypowiadać słowa dziękczynienia.
Wyraźnie dały się słyszeć głosy obu lekarzy uspokajających pacjenta, który zdawał się nieco przychodzić do siebie. Pani Sturk usłyszała — tak się jej wydawało — że powtarza strzęp modlitwy jak dopiero co uratowany rozbitek. I rzekł głosem bardziej stosownym dla tak osłabłego i chorego człowieka:
— Umarłem... on to uczynił... gdzież jest? Zabił mnie.
— Kto? — odezwał się dobrze jej znany głos Toole'a.
— Krzyżowo, oczywiście.
Słowa te wypowiedział doktor Dillon tuż przy drzwiach, do których podszedł, by wziąć ze stołu dodatkową, stojącą tam świecę. Gdy oddalił się od nich, znowu dobiegło ją jedynie mamrotanie, lecz nagle usłyszała całkiem wyraźnie:
— Proszę trzymać tu rękę. A po paru sekundach:
— Trzymać tu i nie dopuścić, by kapało.
Potem rozmowa przeszła znów w mamrotanie, aż wreszcie wydało się jej, że słyszy:
— Zaczynaj.
Nastąpiła śmiertelna cisza trwająca wiele sekund. Pani Sturk poczuła przemożne pragnienie krzyku, serce jej biło jak oszalałe, zaschniętymi, pobladłymi wargami błagała cicho Stwórcę o ratunek; była bardzo osłabiona i bliska obłędu.
Słyszała, że rozmawiają urywanymi, przyciszonymi głosami. Później ponownie nastąpiło długie milczenie, aż wreszcie rozległ się okrzyk — przeraźliwie wywołujący owe imię — uświęcone i straszliwe, którego nie pomylimy nigdy w podobnych opowieściach.
Był to głos Sturka wrzeszczący przeraźliwie ”Mord... litości... panie Archer!”
Biedna pani Sturk odpowiedziała głośnym, histerycznym, drżącym płaczem i poczęła gwałtownie szarpać klamkę, napierając ze wszystkich wątłych sił na drzwi, starając się dostać do wewnątrz i krzycząc piskliwym crescendo: ”Och, Barney... Barney... Barney... kochanie... cóż oni czynią?”
— Och! Błogosławiona godzino! Proszę pani, to pan sam przemówił — i pobladła służąca stojąca przy drzwiach poczęła wypowiadać słowa dziękczynienia.
Wyraźnie dały się słyszeć głosy obu lekarzy uspokajających pacjenta, który zdawał się nieco przychodzić do siebie. Pani Sturk usłyszała — tak się jej wydawało — że powtarza strzęp modlitwy jak dopiero co uratowany rozbitek. I rzekł głosem bardziej stosownym dla tak osłabłego i chorego człowieka:
— Umarłem... on to uczynił... gdzież jest? Zabił mnie.
— Kto? — odezwał się dobrze jej znany głos Toole'a.
www.belloeforte.pl