Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 86
— Narośli, madame... jeśli uniknie zapalenia. Lecz z drugiej strony, madame, możemy uczynić dlań wiele dobrego. Proszę posłuchać, najlepiej będzie, jeśli zejdzie pani na dół lub pójdzie do dziecinnego pokoju, a my wezwiemy panią, jeśli zajdzie potrzeba... to znaczy, jeśli mąż poczuje się lepiej, madame, czego oczekujemy.
— Och, panie Moore, to pan — zaszlochała biedna kobieta, uczepiwszy się mocno rękawa golibrody, który w tej właśnie chwili wszedł na górę do przedpokoju, kłaniając się nieustannie i mówiąc ”sługa pani, madame”; jego pociągłe, szczere oblicze wyrażało zgrozę i zaciekawienie zarazem, które to uczucia uzasadnione były poważnymi okolicznościami jego przybycia.
— Jesteś człowiekiem, po którego posłaliśmy? — burknął Dillon.
— To poczciwy pan Moore! — zawołała rozdygotana mała pani Sturk, błagając i starając się udobruchać Moore'a instynktownie, aby zaniechał całego przedsięwzięcia i stanął po jej stronie, i przeciwstawił się wszelkiej przemocy wobec jej męża — krwi z jej krwi, kości z jej kości.
— Czemu nie odpowiadasz, mój pa... nie? Jesteś owym golibrodą, po którego posłaliśmy, czy nie? Cóż ci dolega, człowieku? — wrzasnął nieokrzesany doktor Dillon tłumiąc gniew.
— Więc wejdź. Wejdź! — krzyknął doktor, wciągając go swą wielką czerwoną łapą do pokoju.
— No... no... dobrze... już dobrze — burknął, wyciągając dłoń, by powstrzymać panią Sturk.
Zamknął więc drzwi, a biedna pani Sturk usłyszała, jak zasunął zasuwę, i poczuła, że jej Barney wymknął się z jej rąk i oto nie może już nic dlań uczynić, pozostała jej zaś jedynie modlitwa ze splecionymi dłońmi i z zapartym tchem o uratowanie mu życia. Jej wielka boleść i lęk nie pozostawiały miejsca kobiecym rozważaniom o tym, jak straszliwym brutalem jest doktor Dillon.
Słyszała ich krążących po pokoju, lecz choć uszu jej dobiegał szmer rozmów, nie mogła pojąć, o czym mówili. Raz lub dwa razy odróżniła jakieś słowa, lecz także niewyraźne:
— Należało do chirurga Beauchampa... Widzi pan?
— Wielce osobliwe.
— Och, panie Moore, to pan — zaszlochała biedna kobieta, uczepiwszy się mocno rękawa golibrody, który w tej właśnie chwili wszedł na górę do przedpokoju, kłaniając się nieustannie i mówiąc ”sługa pani, madame”; jego pociągłe, szczere oblicze wyrażało zgrozę i zaciekawienie zarazem, które to uczucia uzasadnione były poważnymi okolicznościami jego przybycia.
— Jesteś człowiekiem, po którego posłaliśmy? — burknął Dillon.
— To poczciwy pan Moore! — zawołała rozdygotana mała pani Sturk, błagając i starając się udobruchać Moore'a instynktownie, aby zaniechał całego przedsięwzięcia i stanął po jej stronie, i przeciwstawił się wszelkiej przemocy wobec jej męża — krwi z jej krwi, kości z jej kości.
— Czemu nie odpowiadasz, mój pa... nie? Jesteś owym golibrodą, po którego posłaliśmy, czy nie? Cóż ci dolega, człowieku? — wrzasnął nieokrzesany doktor Dillon tłumiąc gniew.
— Więc wejdź. Wejdź! — krzyknął doktor, wciągając go swą wielką czerwoną łapą do pokoju.
— No... no... dobrze... już dobrze — burknął, wyciągając dłoń, by powstrzymać panią Sturk.
Zamknął więc drzwi, a biedna pani Sturk usłyszała, jak zasunął zasuwę, i poczuła, że jej Barney wymknął się z jej rąk i oto nie może już nic dlań uczynić, pozostała jej zaś jedynie modlitwa ze splecionymi dłońmi i z zapartym tchem o uratowanie mu życia. Jej wielka boleść i lęk nie pozostawiały miejsca kobiecym rozważaniom o tym, jak straszliwym brutalem jest doktor Dillon.
Słyszała ich krążących po pokoju, lecz choć uszu jej dobiegał szmer rozmów, nie mogła pojąć, o czym mówili. Raz lub dwa razy odróżniła jakieś słowa, lecz także niewyraźne:
— Należało do chirurga Beauchampa... Widzi pan?
— Wielce osobliwe.
www.belloeforte.pl