Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 85
ROZDZIAŁ LXXXVIII
W KTÓRYM PRZYBYWA GOLIBRODA PAN MOORE, A PANOWIE MEDYCY ZAMYKAJĄ DRZWI NA KLUCZ

Kobiety niewiele zdołały się dowiedzieć, choć, wyznać trzeba, nie odeszły zbyt daleko od drzwi. Obaj wielcy, siedzący w pokoju ludzie rozprawiali w sposób niewyraźny i fachowy, a raz nawet doktor Dillon okazał się tak nieczuły, że rzucił jakiś żart — nie dosłyszały jaki — i wybuchnął gromkim śmiechem. Mała biedna pani Sturk poczęła dygotać, zbielała jak upiór i doprawdy tak bliska była omdlenia, że służące powinny były wziąć ją do dziecinnego pokoju i ułożyć na łóżku; krok ów jednak zmusiłby je do odstąpienia od drzwi pokoju chorego pana — miejsca, którym zbyt żywo były zaciekawione, by je opuścić. Zadowoliły się więc jedynie podtrzymywaniem swej pani na duchu, pocieszając ją tak przekonywającymi słowy, do jakich zdolne są w podobnych okolicznościach współczujące osoby ich stanu.
— Och! madame, na Boga, proszę nie brać tego tak do serca... choć, Bóg świadkiem, nic dziwnego, że pani się przejmuje. Nie zgrzeszę, jeśli powiem, że nigdy, jak żyję, nie widziałam takiego morderczego stalowego narzędzia jak ten świder rumianego doktora... mówię o tym dublińczyku... położył go na stole przy naszym biednym panu... sam jego widok zatrwożyłby nawet kota... a do tego sześć ręczników! Och, miła pani, jeśliby chcieli zarżnąć wołu, nie potrzebowaliby siekiery mając to.
— Och! Przestań... Och! Katty, Katty... przestań, och przestań!
— A czemuż bym nie miała mówić, moja najdroższa pani, co się tam dzieje? Gdyby pani nie wiedziała, co oni zamierzają z panem zrobić, odeszłaby pani całkiem od zmysłów.
W tej samej chwili drzwi otworzyły się i niewiasty dostrzegły w nich pryszczate oblicze i roziskrzone oczy doktora Dillona.
— Czy jest tu jakaś opanowana kobieta... nie dzieciak... pojmuje pani, madame? Ee... ty się nadasz (do Katty). Wejdź do środka, proszę, powiem ci, co masz czynić.
Tak więc Katty wślizgnęła się, dygnąwszy, do pokoju.
— Och, doktorze — spytała bez tchu biedna pani Sturk, chwyciwszy go za poły surduta. — Czy pan sądzi, że to go zabije?
— Nie, proszę pani... w każdym razie nie dzisiaj — odparł cofając się, lecz nie puszczała go.
— Och, doktorze, sądzi pan, że to go jednak zabije?
— Nie, madame... lecz istnieje pewne niebezpieczeństwo.
— Niebezpieczeństwo czego, sir?