Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 84
— Doktor Toole, proszę pana.
— Toole... Toole... on... rozumiem... hej... hola... ech! To dwa diabelne pęknięcia, madame. Niech pani spojrzy... bliżej... widzi pani, tu są dwie zbiegające się rysy... widzi pani? — I srebrną rękojeścią trzymanego w ręku narzędzia wskazał kierunek, w jakim biegły. — Ręczę, że krawędzie ich są nierówne.
Mówiąc to Czarny Dillon oderwał szybkim szarpnięciem dwa lub trzy pasma plastrów, co spowodowało, że pani Sturk drgnęła i krzyknęła: ”O Boże, sir!”.
— Trepan, istotnie! — mruknął szyderczo doktor. — Czy gdziekolwiek na potylicy robiono cięcie skalpelem?
— Ja... ja... doprawdy, sir... nie jestem pewna — odparła pani Sturk, która niecałkowicie pojęła, co rzekł.
Sturk nie miał obciętych z tyłu włosów. Biedna małżonka, spodziewająca się każdego dnia jego powrotu do zdrowia, nie pozwoliłaby na takie świętokradztwo, toteż rozwichrzony warkocz spadał Sturkowi na ramiona. Czarny Dillon odciął prostymi, chirurgicznymi nożycami ów święty przydatek, nim poczciwa dama spostrzegła, i ostrzygł tył głowy Sturka do samej skóry.
— Może będzie pani łaskawa posłać po doktora... doktora... Jak mu tam?
— Doktora Toole'a? — spytała pani Sturk.
— Po doktora Toole'a, tak, madame — odparł lekarz.
Sam zaś zszedł na dół do powozu stojącego pod drzwiami domu, by za kilka minut powrócić z walizeczką i czymś owiniętym w kawałek płótna. Z owego płótna wydobył jakiś aparat podobny do wyścielanego oparcia fotela z przymocowanymi doń paskami i sprzączkami oraz rodzajem obręczy otwartej z tyłu, by włożyć weń głowę.
— A teraz, bardzo proszę, podeprzemy go na tym wygodnie.
Ustawiwszy odpowiednio aparat, obniżając go za pomocą śruby, tak by głowa Sturka mogła wygodnie spocząć na wyścielanym oparciu i umieściwszy bezwładny tułów i czaszkę artyleryjskiego lekarza w najwygodniejszym dla swych celów położeniu, wyjął zwój plastra i duży kawał szarpii kładąc je na stole; po czym otworzył kluczykiem swe wielkie pudło i wydobył zeń kilka instrumentów w srebrnej oprawie, prostych i zakrzywionych, przystosowanych do straszliwych, nieznanych rzezi i tortur, aż wreszcie ukazało się inne narzędzie — prawdziwy trepan, przypominający domowy świder korbowy, lecz cieńszy, złowieszczy i niezwykły w swej morderczej wytworności.
— Proszę również kazać przynieść pól tuzina czystych ręczników, madame.
— Och, doktorze! Nie zamierza pan chyba robić dziś operacji? — rzekła pani Sturk, z trudem chwytając powietrze; twarz jej była całkiem biała i wilgotna, a splecione dłonie drżały.
— Za dwadzieścia pierwsza, proszę pani — odparł doktor lekko czkając — nie będziemy robić nic takiego, lecz miejmy je pod ręką, madame, jak również nieco ciepłej wody na wszelki wypadek... choć, być może, będziemy potrzebowali jedynie kropelki wody do ponczu — jego wydatne, spragnione usta wykrzywiły się w żartobliwym, szerokim uśmiechu.
W tej samej chwili do pokoju wszedł doktor Toole. Był diablo zdziwiony, zastawszy tu Czarnego Dillona. Choć skłonny przywitać go z wyniosłością i stosowną powściągliwością ze względu na jego przeklętą sławę, był jednak onieśmielony tegoż niepospolitą wiedzą, toteż Tom Toole zwrócił się teraz doń z przesadnie uroczystą powagą, a jednocześnie z lękiem.
List polecający Dillona istotnie nie budził wątpliwości, przeto medycy posłali po golibrodę Moore'a, a tymczasem wyprosili z pokoju kobiety i zasiedli do narady.
— Toole... Toole... on... rozumiem... hej... hola... ech! To dwa diabelne pęknięcia, madame. Niech pani spojrzy... bliżej... widzi pani, tu są dwie zbiegające się rysy... widzi pani? — I srebrną rękojeścią trzymanego w ręku narzędzia wskazał kierunek, w jakim biegły. — Ręczę, że krawędzie ich są nierówne.
Mówiąc to Czarny Dillon oderwał szybkim szarpnięciem dwa lub trzy pasma plastrów, co spowodowało, że pani Sturk drgnęła i krzyknęła: ”O Boże, sir!”.
— Trepan, istotnie! — mruknął szyderczo doktor. — Czy gdziekolwiek na potylicy robiono cięcie skalpelem?
— Ja... ja... doprawdy, sir... nie jestem pewna — odparła pani Sturk, która niecałkowicie pojęła, co rzekł.
Sturk nie miał obciętych z tyłu włosów. Biedna małżonka, spodziewająca się każdego dnia jego powrotu do zdrowia, nie pozwoliłaby na takie świętokradztwo, toteż rozwichrzony warkocz spadał Sturkowi na ramiona. Czarny Dillon odciął prostymi, chirurgicznymi nożycami ów święty przydatek, nim poczciwa dama spostrzegła, i ostrzygł tył głowy Sturka do samej skóry.
— Może będzie pani łaskawa posłać po doktora... doktora... Jak mu tam?
— Doktora Toole'a? — spytała pani Sturk.
— Po doktora Toole'a, tak, madame — odparł lekarz.
Sam zaś zszedł na dół do powozu stojącego pod drzwiami domu, by za kilka minut powrócić z walizeczką i czymś owiniętym w kawałek płótna. Z owego płótna wydobył jakiś aparat podobny do wyścielanego oparcia fotela z przymocowanymi doń paskami i sprzączkami oraz rodzajem obręczy otwartej z tyłu, by włożyć weń głowę.
— A teraz, bardzo proszę, podeprzemy go na tym wygodnie.
Ustawiwszy odpowiednio aparat, obniżając go za pomocą śruby, tak by głowa Sturka mogła wygodnie spocząć na wyścielanym oparciu i umieściwszy bezwładny tułów i czaszkę artyleryjskiego lekarza w najwygodniejszym dla swych celów położeniu, wyjął zwój plastra i duży kawał szarpii kładąc je na stole; po czym otworzył kluczykiem swe wielkie pudło i wydobył zeń kilka instrumentów w srebrnej oprawie, prostych i zakrzywionych, przystosowanych do straszliwych, nieznanych rzezi i tortur, aż wreszcie ukazało się inne narzędzie — prawdziwy trepan, przypominający domowy świder korbowy, lecz cieńszy, złowieszczy i niezwykły w swej morderczej wytworności.
— Proszę również kazać przynieść pól tuzina czystych ręczników, madame.
— Och, doktorze! Nie zamierza pan chyba robić dziś operacji? — rzekła pani Sturk, z trudem chwytając powietrze; twarz jej była całkiem biała i wilgotna, a splecione dłonie drżały.
— Za dwadzieścia pierwsza, proszę pani — odparł doktor lekko czkając — nie będziemy robić nic takiego, lecz miejmy je pod ręką, madame, jak również nieco ciepłej wody na wszelki wypadek... choć, być może, będziemy potrzebowali jedynie kropelki wody do ponczu — jego wydatne, spragnione usta wykrzywiły się w żartobliwym, szerokim uśmiechu.
W tej samej chwili do pokoju wszedł doktor Toole. Był diablo zdziwiony, zastawszy tu Czarnego Dillona. Choć skłonny przywitać go z wyniosłością i stosowną powściągliwością ze względu na jego przeklętą sławę, był jednak onieśmielony tegoż niepospolitą wiedzą, toteż Tom Toole zwrócił się teraz doń z przesadnie uroczystą powagą, a jednocześnie z lękiem.
List polecający Dillona istotnie nie budził wątpliwości, przeto medycy posłali po golibrodę Moore'a, a tymczasem wyprosili z pokoju kobiety i zasiedli do narady.
www.belloeforte.pl


