Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 81
— Puddocku, unieś okno, za gorąco tu.. lub zaczekaj, mniejsza z tym; poczytaj książką, Puddock, lubisz czytać, a ja przejdę się nieco ścieżką i gdy wrócę, pogadamy.
— Przecież już ciemno — sprzeciwił się gość.
— Ciemno? Zapewne... tak, oczywiście... bardzo ciemno... lecz chłodno, powietrze jest chłodne.
Mówił jak człowiek, który myśli o czymś innym; Puddock pomyślał, że wygląda on dziwnie pięknie z twarzą pobladłą od zgrozy, jak król Saul, gdy dopadł go zły duch. Dręczyła go straszliwa obawa. Zwrotki starej ballady, którą Devereux nieraz śpiewał z komicznym patosem, dźwięczały mu w uszach:
Przechadzał się nad rzeczką, rzeczką przejrzystą — Przez Kilkenny płynącą rzeczką, A kapitan Wade brzmiało jego nazwisko, Umarł z żalu za jasnowłosą dzieweczką.
I tak dalej. Cóż miał na myśli, ruszając na samotną przechadzkę nocą nad brzegiem rzeki? Puddock z drżącym i zamierającym sercem niepostrzeżenie zszedł za Dickiem po schodach i po chwili znalazł się przy nim na ulicy.
— Ścieżka nad rzeką? — rzekł Puddock.
— Rzeka... ścieżka? Tak, sir, ścieżka nad rzeką. Sądziłem, że rozstaliśmy się na górze — powiedział Devereux z posępną i odpychającą miną.
— Cóż, Devereux, mógłbym równie dobrze przejść się z tobą, jeśli nie jesteś temu przeciwny — zaseplenił Puddock.
— Lecz jestem temu przeciwny, sir — krzyknął nagle gwałtownym, wysokim tonem Devereux, zwracając się do swego małego towarzysza — cóż masz na myśli? Czy sądzisz, że chcę... że chcę się utopić... cha, cha, cha! Cóż za głupstwa przychodzą ci do głowy? Nie jestem szaleńcem, sir, a ty nie jesteś lekarzem szaleńców. Idź do domu, sir... lub idź do... dokąd zechcesz, sir! idź swoją drogą i zostaw mnie w spokoju.
— Ach, Devereux, zachowujesz się wielce zapalczywie wobec mnie — powiedział Puddock, kładąc pulchną małą dłoń na ramieniu Devereux i patrząc mu w twarz poważnym i łagodnym wzrokiem.
— Przecież już ciemno — sprzeciwił się gość.
— Ciemno? Zapewne... tak, oczywiście... bardzo ciemno... lecz chłodno, powietrze jest chłodne.
Mówił jak człowiek, który myśli o czymś innym; Puddock pomyślał, że wygląda on dziwnie pięknie z twarzą pobladłą od zgrozy, jak król Saul, gdy dopadł go zły duch. Dręczyła go straszliwa obawa. Zwrotki starej ballady, którą Devereux nieraz śpiewał z komicznym patosem, dźwięczały mu w uszach:
Przechadzał się nad rzeczką, rzeczką przejrzystą — Przez Kilkenny płynącą rzeczką, A kapitan Wade brzmiało jego nazwisko, Umarł z żalu za jasnowłosą dzieweczką.
I tak dalej. Cóż miał na myśli, ruszając na samotną przechadzkę nocą nad brzegiem rzeki? Puddock z drżącym i zamierającym sercem niepostrzeżenie zszedł za Dickiem po schodach i po chwili znalazł się przy nim na ulicy.
— Ścieżka nad rzeką? — rzekł Puddock.
— Rzeka... ścieżka? Tak, sir, ścieżka nad rzeką. Sądziłem, że rozstaliśmy się na górze — powiedział Devereux z posępną i odpychającą miną.
— Cóż, Devereux, mógłbym równie dobrze przejść się z tobą, jeśli nie jesteś temu przeciwny — zaseplenił Puddock.
— Lecz jestem temu przeciwny, sir — krzyknął nagle gwałtownym, wysokim tonem Devereux, zwracając się do swego małego towarzysza — cóż masz na myśli? Czy sądzisz, że chcę... że chcę się utopić... cha, cha, cha! Cóż za głupstwa przychodzą ci do głowy? Nie jestem szaleńcem, sir, a ty nie jesteś lekarzem szaleńców. Idź do domu, sir... lub idź do... dokąd zechcesz, sir! idź swoją drogą i zostaw mnie w spokoju.
— Ach, Devereux, zachowujesz się wielce zapalczywie wobec mnie — powiedział Puddock, kładąc pulchną małą dłoń na ramieniu Devereux i patrząc mu w twarz poważnym i łagodnym wzrokiem.
www.belloeforte.pl