Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 79
ROZDZIAŁ LXXXVII
W KTÓRYM DWÓCH TOWARZYSZY PRZEBYWA TÊTE-À-TÊTE W DAWNEJ KWATERZE; WARKOCZ DOKTORA STURKA ZOSTAJE ODCIĘTY I ROZPOCZYNA SIĘ NARADA
Szum małego miasteczka podobnie jak pomruk dużego miasta obrazuje cudowną różnorodność ludzkich zajęć i uczuć. Jest to wprost nadzwyczajne, jak niewielkie nawet skupisko rodzin wystarcza, by stworzyć dubia coena słodyczy i goryczy.
Grzmot wielkich wód — zawodzenie wielogłośnej ludzkości (cudownie jednostajne, zważywszy nieskończoną różnorodność składników) — rozlega się w ciemności. Jedynie gawędziarz podjąć może temat owej potężnej mieszaniny i odróżnić dźwięk poszczególnej piszczałki lub smyczka. Owo pompatyczne dudnienie jest mową wielkiego białego marsylskiego brzucha, pietate gravis; owo jęczenie jest jękiem Łazarza pod płotem, a ów bas jest głosem starego Bogacza wrzeszczącego na swego lokaja; piccolo jest głosem pilnego ucznia pogwizdującego nad łacińską gramatyką; ów przeciągły, rozpaczliwy ton jest dźwiękiem, którym biedna pani Foudle żegna swego zmarłego chłopca; brzydki baryton przedostający się z gospody jest tym, co Willie Wędrownik nazywa przyśpiewką pomywaczki — zatkaj uszy i przejdź mimo; a ów czysty sopran w pokoju dziecinnym dźwięczy deszczem niewinnych głupstewek nad półnagim niemowlęciem i ucisza wrzask na jego wargach. Owej nocy, jak zwykle, wzbijał się z naszego miasteczka ku gwiazdom rozedrgany szmer, dziki chaos dźwięków, w który powinniśmy się wsłuchać, by wyłowić ze zgiełku poszczególne tony godne usłyszenia.
Kapitan Devereux był w swym mieszkaniu raczej spokojny teraz, lecz owładnięty dziką i bezbożną rozpaczą. Pozornie pogodny — nie chciał, by pospólstwo ujrzało jego rany i blizny — był jednym z owych dumnych duchów, które szukają odosobnienia.
Wobec małego Puddocka był najmniej powściągliwy. Puddock był tak serdeczny, tak szczery, tak dyskretny, a prócz tego kapitan miał dlań tak niekłamany podziw, że powitał go uprzejmie w chwili, gdy inny gość byłby niezbyt mile przyjęty. Puddocka uderzyła boleśnie bladość De-vereux, dziki, błędny wzrok, a także posępna zaduma i surowość jego urodziwej twarzy, co było czymś nie znanym dotąd i wstrząsającym.
— Właśnie rozmyślałem, Puddock — powiedział kapitan — a myśli moje są bliskie rozpaczy... to wszystko. Bo pomyśl, człowieku... cóż mi pozostało? Przegrałem już najwyższą stawkę i szybko sam siebie przegrywam. Jakże różni się mój los od losu innych! Gorsi ludzie niż ja... pod każdym względem nieporównanie gorsi... i... niech ich... im się szczęści, podczas gdy ja idę na dno. To niesprawiedliwe! — I zaklął potężnie. — To dość, by człowiek począł bluźnić. Skończyłem z życiem — nienawidzę go. Zaciągnę się na ochotnika. Moja pierwsza myśl rankiem i ostatnia wieczorem to pragnienie, by kula przeszyła mi mózg lub serce! Przeklęty świat, przeklęte uczucia, przeklęte wspomnienia. Nie jestem dość roztropny, by móc kiełznać swą naturę. Nie mam w sobie nic z woła roboczego. Ci przeklęci szaleńcy, którzy zepsuli mnie w dzieciństwie, a dziś opuścili... ponoszą całkowitą odpowiedzialność za., oskarżani ich o ruinę mego życia. — I rzucił przekleństwo na ich głowy (mając na myśli ciotkę), co przeraziło pyzatą duszyczkę poczciwego małego Puddocka.
— Nie powinieneś tak mówić, Devereux — rzekł, bardziej jeszcze zatrwożony jego wyglądem niż słowami. — Czemu tak męczą cię chimery i czarna melancholia?
— Bynajmniej — rzucił Devereux z ponurym uśmiechem.
W KTÓRYM DWÓCH TOWARZYSZY PRZEBYWA TÊTE-À-TÊTE W DAWNEJ KWATERZE; WARKOCZ DOKTORA STURKA ZOSTAJE ODCIĘTY I ROZPOCZYNA SIĘ NARADA
Szum małego miasteczka podobnie jak pomruk dużego miasta obrazuje cudowną różnorodność ludzkich zajęć i uczuć. Jest to wprost nadzwyczajne, jak niewielkie nawet skupisko rodzin wystarcza, by stworzyć dubia coena słodyczy i goryczy.
Grzmot wielkich wód — zawodzenie wielogłośnej ludzkości (cudownie jednostajne, zważywszy nieskończoną różnorodność składników) — rozlega się w ciemności. Jedynie gawędziarz podjąć może temat owej potężnej mieszaniny i odróżnić dźwięk poszczególnej piszczałki lub smyczka. Owo pompatyczne dudnienie jest mową wielkiego białego marsylskiego brzucha, pietate gravis; owo jęczenie jest jękiem Łazarza pod płotem, a ów bas jest głosem starego Bogacza wrzeszczącego na swego lokaja; piccolo jest głosem pilnego ucznia pogwizdującego nad łacińską gramatyką; ów przeciągły, rozpaczliwy ton jest dźwiękiem, którym biedna pani Foudle żegna swego zmarłego chłopca; brzydki baryton przedostający się z gospody jest tym, co Willie Wędrownik nazywa przyśpiewką pomywaczki — zatkaj uszy i przejdź mimo; a ów czysty sopran w pokoju dziecinnym dźwięczy deszczem niewinnych głupstewek nad półnagim niemowlęciem i ucisza wrzask na jego wargach. Owej nocy, jak zwykle, wzbijał się z naszego miasteczka ku gwiazdom rozedrgany szmer, dziki chaos dźwięków, w który powinniśmy się wsłuchać, by wyłowić ze zgiełku poszczególne tony godne usłyszenia.
Kapitan Devereux był w swym mieszkaniu raczej spokojny teraz, lecz owładnięty dziką i bezbożną rozpaczą. Pozornie pogodny — nie chciał, by pospólstwo ujrzało jego rany i blizny — był jednym z owych dumnych duchów, które szukają odosobnienia.
Wobec małego Puddocka był najmniej powściągliwy. Puddock był tak serdeczny, tak szczery, tak dyskretny, a prócz tego kapitan miał dlań tak niekłamany podziw, że powitał go uprzejmie w chwili, gdy inny gość byłby niezbyt mile przyjęty. Puddocka uderzyła boleśnie bladość De-vereux, dziki, błędny wzrok, a także posępna zaduma i surowość jego urodziwej twarzy, co było czymś nie znanym dotąd i wstrząsającym.
— Właśnie rozmyślałem, Puddock — powiedział kapitan — a myśli moje są bliskie rozpaczy... to wszystko. Bo pomyśl, człowieku... cóż mi pozostało? Przegrałem już najwyższą stawkę i szybko sam siebie przegrywam. Jakże różni się mój los od losu innych! Gorsi ludzie niż ja... pod każdym względem nieporównanie gorsi... i... niech ich... im się szczęści, podczas gdy ja idę na dno. To niesprawiedliwe! — I zaklął potężnie. — To dość, by człowiek począł bluźnić. Skończyłem z życiem — nienawidzę go. Zaciągnę się na ochotnika. Moja pierwsza myśl rankiem i ostatnia wieczorem to pragnienie, by kula przeszyła mi mózg lub serce! Przeklęty świat, przeklęte uczucia, przeklęte wspomnienia. Nie jestem dość roztropny, by móc kiełznać swą naturę. Nie mam w sobie nic z woła roboczego. Ci przeklęci szaleńcy, którzy zepsuli mnie w dzieciństwie, a dziś opuścili... ponoszą całkowitą odpowiedzialność za., oskarżani ich o ruinę mego życia. — I rzucił przekleństwo na ich głowy (mając na myśli ciotkę), co przeraziło pyzatą duszyczkę poczciwego małego Puddocka.
— Nie powinieneś tak mówić, Devereux — rzekł, bardziej jeszcze zatrwożony jego wyglądem niż słowami. — Czemu tak męczą cię chimery i czarna melancholia?
— Bynajmniej — rzucił Devereux z ponurym uśmiechem.
www.belloeforte.pl