Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 78
Pan Dangerfield nie był krzykaczem i nigdy nie czynił hałasu, westchnął więc jedynie przez zaciśnięte zęby, posyłając ku Dublinowi lodowate przekleństwo, sroższe niźli wszystkie wrzaskliwe bluźnierstwa z Donnybrock razem wzięte. Powrócił do domu z chmurą na białym obliczu.
— Nie przybędzie dziś wieczór, madame — powiedział chłodnym, szorstkim głosem.
— Och! Bogu dzięki... to znaczy... tak się boję... myślę o operacji.
Dangerfield, z rękoma w kieszeniach, nic nie odrzekł. Na twarzy jego, bladej i pochmurnej, błąkał się szyderczy wyraz. To było wszystko. Czyż spotkał go zawód i czy doktor Sturk miał mimo wszystko nigdy nie odzyskać mowy?
O pół do jedenastej nadzieja opuściła pana Dangerfielda. Gdyby chodziło o doktora Pella, sprawa miałaby się zapewne inaczej. Lecz Czarny Dillon nie miał ani jednego pacjenta, sławę swą zawdzięczał szpitalom. Nic nie mogło go zatrzymać prócz jego występków, a pięćset funtów miało zwabić go do Chapelizod. Nie przybył. Albo roztrzaskano mu głowę w jakiejś bijatyce, albo legł pijany pod stołem. Tak więc pan Dangerfield pożegnał poczciwą panią Sturk zapowiedziawszy, że gdyby doktor jednak przybył, niechaj każe mu czekać na niego, nim podejmie on jakiekolwiek kroki, i polecił, by natychmiast po niego posłano.
Tak więc pan Dangerfield milcząco włożył w sieni płaszcz i szybko zatrzasnął za sobą drzwi. Czekał jeszcze, ponury wartownik, stojąc pod drzewem z twarzą zwróconą ku Dublinowi. Ojciec Czas nie przytępił spostrzegawczości siwego gentlemana, nie dotknął jego uszu niemymi palcami ani nie dmuchnął mu w oczy dymem, swej fajki. Ów miał bystre oko i ostry słuch, lecz żaden widok ni dźwięk nie wynagrodził go, po kilku więc minutach zawrócił i oddalił się jak biały duch w stronę Spiżowego Zamku.
W niespełna pięć minut później grzmot nadjeżdżającego powozu wstrząsnął oknami doktora Sturka, a następnie rozległ się przejmujący dźwięk dzwonka u drzwi wejściowych i wszedł doktor Dillon w całej swej brudnej krasie, w wielkiej zaszarganej peruce, z laską o złocistej gałce w kościstej dłoni. Rozsiewając wokół woń ponczu z whisky i trzymając skrzynkę instrumentów pod pachą, przeszył służącą, która otworzyła mu drzwi, wyrazistymi czarnymi oczyma i przeraził ją rozpłomienionym obliczem, gdy żądał zobaczenia się z panią Sturk. Bez żadnych ceremonii rozsiadł się w salonie, wreszcie padł na kanapę, na której wyciągnął jedną ze swych kościstych nóg, a wielką, niepiękną dłoń wsunął pod perukę i począł skrobać się w głowę.