Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 77
fieldowi i ucałowawszy panią Sturk, która odżyła słysząc, że to jedynie jej tęgi, uprzejmy sąsiad z przeciwnej strony ulicy, a nie Czarny Doktor Dillon ze swą skrzynką morderczych instrumentów.
Gentleman w srebrnych okularach towarzyszył Mag do sieni i ofiarował pomocną dłoń, lecz zwolniła go z obowiązku usłużenia sobie i w podskokach zbiegła ze schodów, z jedną ręką przy ścianie, a drugą na poręczy, co zakrawało niemal na ucieczkę; gwar głosów dobiegł od drzwi wejściowych, które szybko zamknęły się i jasnowłosa zjawa znikła.
Srebrne okulary Dangerfielda rozbłysły fosforyzującym blaskiem, gdy patrzył za nią spod płonącego czoła. Nie było to przyjemne spojrzenie, a usta jego miały zacięty wyraz. Po chwili znalazł się na powrót w pokoju i spojrzał na zegarek.
— Jest już pół do dziesiątej — rzekł spokojnie, lecz z błyskiem gwałtownej wściekłości na twarzy — a ten... ten... doktor wyznaczył dziewiątą.
Czekając Dangerfield mówił krótkimi, urywanymi zdaniami, po pół tuzina słów, z krzątającą się panią Sturk i służącą. Na początku swych odwiedzin zachowywał się w sposób ceremonialny, lecz teraz objąwszy dowództwo stał się szorstki; mówił szybko surowym tonem, a kobiety poczęły się go bać.
Wybiła godzina dziesiąta. Dangerfield zszedł na dół i wyjrzał przez okno salonu. Niecierpliwił się coraz bardziej. Wyszedł na ulicę. Nie chciał iść w kierunku ”Królewskiego Domu” stojącego przy drodze do Dublina; nie miał chęci spotkać znów swych wesołych towarzyszy, stał więc przez całych dziesięć minut pod drzewem, spowity w jedną z wojskowych peleryn doktora Sturka, kierując podwójny płomień swych okularów w dół ulicy z wściekłym uporem, bez zadowolenia, bez ulgi. Ani błysku pochodni, ani dalekiego turkotu kół powozu. Noc była jasna i mroźna, a głos niósłby się z daleka.
Gdyby ktokolwiek z poczciwych mieszkańców miasteczka natknął się przypadkowo na tę otuloną szczelnie, jaśniejącą postać pod ciemnym starym wiązem, wziąłby ją zapewne za ducha lub coś jeszcze gorszego. Wygląd jego nie był w owej chwili pociągający.
Gentleman w srebrnych okularach towarzyszył Mag do sieni i ofiarował pomocną dłoń, lecz zwolniła go z obowiązku usłużenia sobie i w podskokach zbiegła ze schodów, z jedną ręką przy ścianie, a drugą na poręczy, co zakrawało niemal na ucieczkę; gwar głosów dobiegł od drzwi wejściowych, które szybko zamknęły się i jasnowłosa zjawa znikła.
Srebrne okulary Dangerfielda rozbłysły fosforyzującym blaskiem, gdy patrzył za nią spod płonącego czoła. Nie było to przyjemne spojrzenie, a usta jego miały zacięty wyraz. Po chwili znalazł się na powrót w pokoju i spojrzał na zegarek.
— Jest już pół do dziesiątej — rzekł spokojnie, lecz z błyskiem gwałtownej wściekłości na twarzy — a ten... ten... doktor wyznaczył dziewiątą.
Czekając Dangerfield mówił krótkimi, urywanymi zdaniami, po pół tuzina słów, z krzątającą się panią Sturk i służącą. Na początku swych odwiedzin zachowywał się w sposób ceremonialny, lecz teraz objąwszy dowództwo stał się szorstki; mówił szybko surowym tonem, a kobiety poczęły się go bać.
Wybiła godzina dziesiąta. Dangerfield zszedł na dół i wyjrzał przez okno salonu. Niecierpliwił się coraz bardziej. Wyszedł na ulicę. Nie chciał iść w kierunku ”Królewskiego Domu” stojącego przy drodze do Dublina; nie miał chęci spotkać znów swych wesołych towarzyszy, stał więc przez całych dziesięć minut pod drzewem, spowity w jedną z wojskowych peleryn doktora Sturka, kierując podwójny płomień swych okularów w dół ulicy z wściekłym uporem, bez zadowolenia, bez ulgi. Ani błysku pochodni, ani dalekiego turkotu kół powozu. Noc była jasna i mroźna, a głos niósłby się z daleka.
Gdyby ktokolwiek z poczciwych mieszkańców miasteczka natknął się przypadkowo na tę otuloną szczelnie, jaśniejącą postać pod ciemnym starym wiązem, wziąłby ją zapewne za ducha lub coś jeszcze gorszego. Wygląd jego nie był w owej chwili pociągający.
www.belloeforte.pl


