Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 73
mizelkę; mankiety z wytwornej koronki i fular; kształtna noga lśniła obciągnięta jedwabiem; w blaskach rzucanych przez drogie kamienie, w purpurowej, delikatnej tkaninie ubioru podobny był do Bogacza składającego grzecznościową wizytę na poddaszu Łazarza.
Biedna mała pani Sturk uczuła, że jej zobowiązania powiększyły się tajemnie wobec takiej wspaniałości i zdumiała ją dobroć tego białogłowego anioła w koronkach, diamentach i aksamitach, który spłynął z górnych rejonów, by stanąć na podłodze smutnego, skromnego pokoju jej chorego Barneya.
— Doktor Dillon jeszcze nie przybył, madame? Cóż, miał być tu dokładnie o tej godzinie. Wkrótce przybędzie. Jak się miewa pacjent? Ha! Bez zmian. Jak?... Ależ jest zmiana, nieprawdaż?
— Jaka, sir? — spytała pani Sturk, rzucając mu wystraszone spojrzenie.
— Czyż pani nie widzi? Lecz proszę się nie obawiać. Przybędzie ktoś, do kogo mam pełne zaufanie.
— Nie pojmuję, sir. Cóż to jest, panie Dangerfield? Och, błagam!
— Cóż... ee... nic szczególnego, lecz wygląda nieco gorzej niż wówczas, gdy widziałem go ostatnio, jakby bledszy i twarz ma bardziej zapadniętą, jak sądzę... co?
— Och, nie, to tylko brak światła... nic więcej, doprawdy, sir. Dziś po południu, upewniam pana, panie Dangerfield, o trzeciej, gdy świeciło słońce, wszyscy zauważyliśmy, jak dobrze wygląda. Nie widziałam dotąd, sam by pan to przyznał, tak nadzwyczajnego polepszenia.
Przycięła świecę i uniosła ją nad posępnym obliczem Barneya.
— Cóż, madame, mam nadzieję, że wkrótce to stwierdzimy. Będzie to błogosławiony widok, co?... gdy usiądzie on na tym łóżku, madame, a wierzę, że stanie się to dziś wieczorem, i przemówi, co?
— Och, mój najdroższy Barney! — I biedna mała kobietka poczęła płakać, po czym z ust jej popłynęła cała litania słów nadziei, dziękczynienia, modlitwy i wspomnień.
Tymczasem Dangerfield badał choremu tętno, trzymając zegarek w zagłębieniu dłoni.
— Czyż jego tętno nie jest lepsze, sir?... Był o wiele
Biedna mała pani Sturk uczuła, że jej zobowiązania powiększyły się tajemnie wobec takiej wspaniałości i zdumiała ją dobroć tego białogłowego anioła w koronkach, diamentach i aksamitach, który spłynął z górnych rejonów, by stanąć na podłodze smutnego, skromnego pokoju jej chorego Barneya.
— Doktor Dillon jeszcze nie przybył, madame? Cóż, miał być tu dokładnie o tej godzinie. Wkrótce przybędzie. Jak się miewa pacjent? Ha! Bez zmian. Jak?... Ależ jest zmiana, nieprawdaż?
— Jaka, sir? — spytała pani Sturk, rzucając mu wystraszone spojrzenie.
— Czyż pani nie widzi? Lecz proszę się nie obawiać. Przybędzie ktoś, do kogo mam pełne zaufanie.
— Nie pojmuję, sir. Cóż to jest, panie Dangerfield? Och, błagam!
— Cóż... ee... nic szczególnego, lecz wygląda nieco gorzej niż wówczas, gdy widziałem go ostatnio, jakby bledszy i twarz ma bardziej zapadniętą, jak sądzę... co?
— Och, nie, to tylko brak światła... nic więcej, doprawdy, sir. Dziś po południu, upewniam pana, panie Dangerfield, o trzeciej, gdy świeciło słońce, wszyscy zauważyliśmy, jak dobrze wygląda. Nie widziałam dotąd, sam by pan to przyznał, tak nadzwyczajnego polepszenia.
Przycięła świecę i uniosła ją nad posępnym obliczem Barneya.
— Cóż, madame, mam nadzieję, że wkrótce to stwierdzimy. Będzie to błogosławiony widok, co?... gdy usiądzie on na tym łóżku, madame, a wierzę, że stanie się to dziś wieczorem, i przemówi, co?
— Och, mój najdroższy Barney! — I biedna mała kobietka poczęła płakać, po czym z ust jej popłynęła cała litania słów nadziei, dziękczynienia, modlitwy i wspomnień.
Tymczasem Dangerfield badał choremu tętno, trzymając zegarek w zagłębieniu dłoni.
— Czyż jego tętno nie jest lepsze, sir?... Był o wiele
www.belloeforte.pl