Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 72
ROZDZIAŁ LXXXVI
W KTÓRYM PAN PAUL DANGERFIELD WCHODZI PO SCHODACH DOMU ”PRZY CMENTARZU” I PODEJMUJE PEWNE KROKI

Biała postać przesunęła się przez most jak cień. Rzeka szumiała w dole pogrążona w egipskich ciemnościach. Powietrze było spokojne, a tysiące niebiańskich oczu mrugało na jasnym, głębokim niebie ku aktorom tej prawdziwej opowieści. Postać trzymała się lewej strony, droga zaś leżała pomiędzy nią a drzwiami ”Feniksa”, otwartymi w szerokim, gościnnym uśmiechu i czerwieniejącymi mrok blaskami świec.
Biała postać skręciła za róg, sunąc wprost przed siebie, szybko jak przeznaczenie, ku drzwiom doktora Sturka.
Dangerfield zapukał cicho do drzwi sieni, wszedł szybko i zamknął je za sobą.
— Jak się miewa wasz pan?
— Tak samo, wasza wielmożność; właśnie śpi... jeszcze śpi... wciąż śpi — odparła służąca.
— Czy przyjechał doktor z Dublina?
— Nie.
— A pani... gdzie jest?
— W pokoju, sir, z panem.
— Przekaż jej moją gotowość do usług... wyrazy szacunku od pana Dangerfielda i powiedz, że oczekuję jej zezwolenia, by wejść na górę.
Pokojówka wróciła przekazując panu Dangerfieldowi zaproszenie biednej pani Sturk, by wszedł.
Zostawiwszy biały płaszcz i trójgraniasty kapelusz w sieni, pan Dangerfield wszedł na piętro i do pokoju, w którym blada mała pani Sturk, mocno zapłakana, siedziała u wezgłowia szlachetnego Barneya w ciemnej, starej, luźnej sukni z mory przy świetle samotnego kaganka.
Knot w łoju baranim należało przyciąć; płomień jego tańczył i migotał na lśniących klamrach bucików pana Dangerfielda i stalowych guzikach, zamigotał fosforyzująco na srebrnych okularach, gdy Dangerfield skłonił się w drzwiach. Odziany był w ciemnobrązowy aksamitny surdut z różową podszewką, w długą haftowaną atłasową ka-