Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 71
panie, odważny... mów wszystko, co wiesz... nadszedł już czas, by uderzyć. Świadectwu twemu, jakie mi przedstawiłeś, nadam odpowiednią formę; przyjdź do mnie jutro rano o ósmej; i pamiętaj, że wynagrodzę cię tym razem lepiej niż kiedykolwiek. Idź... nie, zaczekaj... pójdą pierwszy.
I pan Dangerfield zaśmiał się właściwym sobie zimnym śmiechem, po czym kiwnąwszy Ironsowi głową, powtórzył: ”godzina ósma”, i oddalił się nieco.
Zakrystian nie odezwał się ani słowem. Krople potu wystąpiły mu na czoło. Ocierając je wyszeptał: ”Panie, zmiłuj się nad nami... Panie, zmiłuj się nad nami”, jak człowiek umierający.
Śmiała propozycja pana Dangerfielda zdawała się go obezwładniać i odbierać mu odwagę.
Biała postać odwróciła się nagle w stronę zakrystiana i rzekła:
— Jak widzisz, mój panie Irons, mówię poważnie. Nie ma mowy o żadnych wykrętach. Jeśli się tego podejmiesz, będziesz musiał wykonać rzecz do końca. I słuchaj! Nadstaw uszu... dostaniesz pięćset funtów. Nie zmuszam cię — powiedz tak lub nie — jeśli nie chcesz, nie musisz. Sprawiedliwości, jak sądzę, stanie się zadość nawet bez twej pomocy. Póki on milczy... pojmujesz... lecz nic nie jest pewne. Umarł i znów ożył... niech go diabli. Dopóki spoczywa na chirurgicznym stole... cha! cha!... nie będziemy się czuli całkiem swobodnie.
— Panie, zmiłuj się nad nami! — jęknął Irons.
— Amen — dokończył Dangerfield, przedrzeźniając go. — Cóż, to wystarczy... jeśli masz odwagę powiedzieć prawdę i dopomóc sprawiedliwości, możesz zdobyć te pieniądze. Jesteśmy ludźmi interesu — ty i ja. Jeśli nie, nie będę cię więcej niepokoił. Jeśli chcesz, przyjdź do mnie o ósmej rano, jeśli nie, cóż, pozostań u siebie i nic złego cię nie spotka.
Po tych słowach pan Dangerfield obrócił się ponownie na pięcie i ruszył żwawym krokiem w kierunku Chapelizod.