Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 68
nią wspominał swe własne niepowodzenia. Lowe zaproponował wychylenie pełną szklanicą zdrowia dzielnego oficera, pułkownika Strafforda, otrzymawszy uprzednio jego zezwolenie, i skorzystał z tej sposobności, by wspomnieć o wdzięczności zebranych za umożliwienie im wysłuchania żywych i kształcących przypowiastek pana Dangerfielda; wyraził też z głębi serca płynącą nadzieję, że całe sąsiedztwo długo jeszcze będzie miało możność czerpać korzyści i przyjemności z pobytu tego gentlemana wśród nich. Pan Dangerfield odparł wesoło, iż wszystkim, co potrzebne, by tę zachwycającą okolicę z jej czarującym towarzystwem uczynić miejscem nieodpartego uroku, było poczucie bezpieczeństwa, które dawała obecność takiego sędziego, jak pan Lowe, oraz nastrój biesiadnej wesołości stworzony przez takie wino, jak to, którym raczył gości wytworny gospodarz tego domu. Jeśli zaś chodzi o jego osobę, to będąc już poniekąd starym jegomościem i mając dość włóczęgi, niczego by bardziej nie pragnął, niż spędzić resztę dni wśród spokojnych, choć pełnych życia i wesołości sąsiadów. Mówił w tym duchu jeszcze więcej, co ogromnie podobało się wszystkim zebranym. Wszyscy zgodnie orzekli, że siwowłosy gentleman o gładkiej, potoczystej wymowie i ciętym dowcipie jest istotnie wspaniałym mówcą. Co prawda w umysłach wszystkich biesiadników czaiło się przeświadczenie, że w uprzejmościach wypowiadanych przez pana Dangerfielda przebijał niekiedy nieokreślony odcień groteski i ironii, co wywoływało przelotne podejrzenia i obawy, które mówca z łatwością rozwiewał ruchem upierścienionych palców i drwiącym uśmiechem.
Lowe znajdował się całkowicie pod jego urokiem. W twardej naturze sędziego niewiele było miejsca na ciepłe uczucia i uwielbienie, lecz pan Dangerfield umiał z nim postępować w taki sposób, jakiemu niewielu ludzi lubujących się w zdobywaniu wiedzy o złem mogło się oprzeć. Tak więc zimnooki sędzia pokoju chłonął łapczywie jego słowa z gorliwym uniesieniem czując, że pije wielkimi, cudownymi łykami z iskrzącej się fontanny wiedzy; uścisnął gentlemanowi rękę z podziwem i było mu szczerze przykro, gdy Dangerfield, na którego czekały pilne sprawy w domu, wstał żwawo swym zwyczajem i pożegnał zebranych błyskiem okularów.