Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 64
ROZDZIAŁ LXXXV
W KTÓRYM WIEŚĆ DOCIERA DO USZU KAPITANA DEVEREUX, A PAN DANGERFIELD SPOTYKA PO OBIEDZIE STAREGO PRZYJACIELA
Tego wieczoru, gdy owa wielka żałość nawiedziła dom ”Pod Wiązami”, kapitan Ryszard Devereux, który nic o tym nie wiedział, uczuł nagły smutek i niepokój. Powiadają, że odległy zgon odczuwany bywa niekiedy jak cień i chłód przesuwającej się góry lodowej; a jeśli to złowieszcze uczucie przeszyje duszę już uprzednio zasmuconą i zgorzkniałą, pogrąża jąono wówczas niemal w rozpaczy.
Pani Irons zapukała do drzwi i z niecierpliwością właściwą zwiastunowi nowiny otworzyła je, nie czekając odpowiedzi.
— Och, drogi kapitanie, czy pan wie, co się stało? Biedna panna Lily Walsingham... niech pan sobie wyobrazi, umarła... biedactwo! Umarła dziś wieczorem, proszę pana... niespełna pół godziny temu.
Zachwiał się i wyciągnął rękę po szpadę jak człowiek napadnięty przez zbójcę, po czym spojrzał na nią niewidzącymi oczyma. Pomyślała, że postradał zmysły i przeraziła się.
— To tylko ja, sir, pani Irons.
— A... dziękuję pani — podszedł do kominka, a następnie zawrócił w kierunku drzwi jak ktoś poszukujący czegoś. I nagle, osłoniwszy czoło rękoma, szaleńczo i strasznie wezwał Stwórcę i Sędziego Wszechrzeczy.
”To niemożliwe... och, nie... och, nie... to nieprawda!”
Znalazł się, nie wiedząc jak, na otwartej przestrzeni, przebył most i stanął przed domem ”Pod Wiązami” — sen — ciemne ”Wiązy” — wszystko okryte ciemnością.
”Och, nie... to niemożliwe... och, nie... och, nie...” — i powtarzał te słowa patrząc na stary dom rysujący się ciemno na tle nieba. — ”Och, nie... och, nie”.
Dwa czy trzy razy chciał podejść do drzwi wejściowych, by dowiedzieć się czegoś, lecz na myśl o tym robiło mu się słabo. Uczepił się owej nadziei, która nie była jednak nadzieją, zawrócił i poszedł szybkim krokiem w dół rzeki drogą do Inchicore. Lecz męka niepewności wkrótce kazała mu zawrócić, a wówczas inne już były wypowiadane słowa: ”Tak, nie ma już jej... nie ma już jej... z pewnością nie ma już jej”.
Znalazł się pod oknem salonu wychodzącym na mały ogródek przed domem i zapukał we framugę. Zdał sobie nagle sprawę — było to jak przebudzenie — jak dziwne mogło wydawać się wezwanie. W chwilę później dostrzegł światło przesuwające się w sieni i zadzwonił. John Tracy otworzył drzwi. Tak, wszystko to było prawdą.
”Kapitan jest bardzo blady — pomyślał John — lecz poza tym wygląda jak zwykle.” Gdy stary sługa wszystko mu opowiedział, Devereux wpatrywał się weń przez kilka chwil, po czym odszedł nie powiedziawszy nawet ”dobranoc”. Stary John płakał, lecz zawołał za kapitanem, by uważał na schodek przy furtce, a gdy zamykał drzwi wejściowe, spostrzegł w blasku świecy napis nagryzmolony czerwoną kredą na białej kolumience przy drzwiach, schylił się więc, by go odczytać i mruknął: ”Ci psotni młodzi hultaje!”, po czym zaczął ścierać napis mankietem surduta z policzkami jeszcze mokrymi od łez, albowiem nasz najgłębszy nawet żal jest ulotny lub raczej są to dwa tony, któ-
W KTÓRYM WIEŚĆ DOCIERA DO USZU KAPITANA DEVEREUX, A PAN DANGERFIELD SPOTYKA PO OBIEDZIE STAREGO PRZYJACIELA
Tego wieczoru, gdy owa wielka żałość nawiedziła dom ”Pod Wiązami”, kapitan Ryszard Devereux, który nic o tym nie wiedział, uczuł nagły smutek i niepokój. Powiadają, że odległy zgon odczuwany bywa niekiedy jak cień i chłód przesuwającej się góry lodowej; a jeśli to złowieszcze uczucie przeszyje duszę już uprzednio zasmuconą i zgorzkniałą, pogrąża jąono wówczas niemal w rozpaczy.
Pani Irons zapukała do drzwi i z niecierpliwością właściwą zwiastunowi nowiny otworzyła je, nie czekając odpowiedzi.
— Och, drogi kapitanie, czy pan wie, co się stało? Biedna panna Lily Walsingham... niech pan sobie wyobrazi, umarła... biedactwo! Umarła dziś wieczorem, proszę pana... niespełna pół godziny temu.
Zachwiał się i wyciągnął rękę po szpadę jak człowiek napadnięty przez zbójcę, po czym spojrzał na nią niewidzącymi oczyma. Pomyślała, że postradał zmysły i przeraziła się.
— To tylko ja, sir, pani Irons.
— A... dziękuję pani — podszedł do kominka, a następnie zawrócił w kierunku drzwi jak ktoś poszukujący czegoś. I nagle, osłoniwszy czoło rękoma, szaleńczo i strasznie wezwał Stwórcę i Sędziego Wszechrzeczy.
”To niemożliwe... och, nie... och, nie... to nieprawda!”
Znalazł się, nie wiedząc jak, na otwartej przestrzeni, przebył most i stanął przed domem ”Pod Wiązami” — sen — ciemne ”Wiązy” — wszystko okryte ciemnością.
”Och, nie... to niemożliwe... och, nie... och, nie...” — i powtarzał te słowa patrząc na stary dom rysujący się ciemno na tle nieba. — ”Och, nie... och, nie”.
Dwa czy trzy razy chciał podejść do drzwi wejściowych, by dowiedzieć się czegoś, lecz na myśl o tym robiło mu się słabo. Uczepił się owej nadziei, która nie była jednak nadzieją, zawrócił i poszedł szybkim krokiem w dół rzeki drogą do Inchicore. Lecz męka niepewności wkrótce kazała mu zawrócić, a wówczas inne już były wypowiadane słowa: ”Tak, nie ma już jej... nie ma już jej... z pewnością nie ma już jej”.
Znalazł się pod oknem salonu wychodzącym na mały ogródek przed domem i zapukał we framugę. Zdał sobie nagle sprawę — było to jak przebudzenie — jak dziwne mogło wydawać się wezwanie. W chwilę później dostrzegł światło przesuwające się w sieni i zadzwonił. John Tracy otworzył drzwi. Tak, wszystko to było prawdą.
”Kapitan jest bardzo blady — pomyślał John — lecz poza tym wygląda jak zwykle.” Gdy stary sługa wszystko mu opowiedział, Devereux wpatrywał się weń przez kilka chwil, po czym odszedł nie powiedziawszy nawet ”dobranoc”. Stary John płakał, lecz zawołał za kapitanem, by uważał na schodek przy furtce, a gdy zamykał drzwi wejściowe, spostrzegł w blasku świecy napis nagryzmolony czerwoną kredą na białej kolumience przy drzwiach, schylił się więc, by go odczytać i mruknął: ”Ci psotni młodzi hultaje!”, po czym zaczął ścierać napis mankietem surduta z policzkami jeszcze mokrymi od łez, albowiem nasz najgłębszy nawet żal jest ulotny lub raczej są to dwa tony, któ-
www.belloeforte.pl


