Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 62
— Jest u siebie w gabinecie, sir. Dzięki Bogu, że pan przyszedł. Jestem pewien, że zechce pana widzieć... spytam go.
Dan wszedł do salonu. Wyjrzał przez okno, by popatrzeć na kwiaty, a później przeniósł wzrok na klawikord Lily i jej mały stolik z orzechowego drzewa, na którym leżał koszyczek do robót ręcznych, naparstek i imały koralowy naszyjnik — dziecięcy skarb, który Lily nosiła, gdy była jeszcze zupełnie małą dziewczynką. Wydało mu się to snem, wszystkie owe przedmioty zdawały się wołać: ”Biedna mała Lily!”
Stary John wszedł i powiedział:
— Sir, panu memu będzie miło ujrzeć pana.
Dan Loftus znalazł się w gabinecie; długo ściskali sobie dłonie z dobrym proboszczem.
— Ach, Danie, Danie... nie ma jej... małej Lily!
— Ujrzysz ją znów, sir... och, ujrzysz ją znów.
— Ach, Danie! Danie! Póki niebo trwa nad nami, nie obudzą się, nie powstaną ze swego snu. Ach, Danie, dzień trwa tak długo... Jakże mam przeżyć cały ów czas?
— Miłosierny Bóg, sir, znajdzie sposób.
— Lecz, ach! Czyż żaden litościwy anioł nie mógł powstrzymać ciosu, nie mógł ubłagać o kilka jeszcze lat życia dla niej? Zasłużyłem na to... Ach, Danie, tak!... Wiem o tym... zasłużyłem na to. Lecz, ach! Czyż mściciel nie mógł przebić mnie, miast wymierzyć cios memu ukochanemu, niewinnemu dziecku?
— Zabrała ją miłująca, nie karząca ręka, pasterzu mój... z miłości. To głos Odkupiciela ją wezwał.
I poczciwy Dan powtórzył, szlochając, strofę z Pieśni nad pieśniami, którą mała Lily tak bardzo lubiła:

”Mój miły odzywa się i mówi do mnie:
Wstań, moja przyjaciółko,
moja piękna! Chodź!”

Stary człowiek pochylił zbolałą głowę i słuchał:
— Nigdy nie widziałeś niczego tak pięknego — powie-