Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 58
— Lecz w tym przypadku — rzekł Czarny Dillon — nie ma żadnej szansy, rozumie pan, żadnej szansy, dobrej, złej, żadnej, w ogóle żadnej.
— Lecz ja wierzę że jest — odparł stanowczo Dangerfield.
— Pan wierzy, lecz j a wiem.
— Niech pan posłucha, sir — rzekł Dangerfield, którego twarz zachmurzyła się, a słowa zabrzmiały dziwnie opryskliwie — wiem, o co mi chodzi. Pragnę, by mógł przemówić, choćby to miały być zaledwie dwie minuty świadomej i wyraźnej mowy, a potem śmierć... wszystko mi jedno, kiedy to nastąpi. Pozostawiony sam sobie, umrzeć musi; wobec tego, wzdraganie się przed operacją, od której zależy odkrycie zarówno jego rzeczywistego mordercy, jak i jego pieniędzy, straconych w przeciwnym wypadku dla jego rodziny, jest... jest przeklętą afektacją. Tak myślę... i pan tak myśli, sir, i proponuję panu pięćset gwinei jako honorarium, a list pani Sturk uchroni pana przed odpowiedzialnością.
Zamilkli. Dangerfield znał charakter tego człowieka równie dobrze, jak jego umiejętności. Mówiono o Czarnym Bilionie gorsze rzeczy niż te, o których napomknęliśmy.
Chirurg spojrzał z dziwnie ponurą miną na stół, podrapał się w głowę i burknął:
— Widzi pan... pan wie... to wysokie wynagrodzenie, z pewnością, lecz wówczas...
— Słuchaj pan — rzekł Dangerfield z taką miną, jakby chciał go pociągnąć za ucho — to wysokie wynagrodzenie i więcej pan nie dostanie... nie powinien pan upierać się przy drobiazgach, gdy chodzi o sprawiedliwość i miłosierdzie... krótko mówiąc: tak czy nie?
— Tak — odparł lekarz — lecz jaką mam pewność otrzymania honorarium?
— Ach! Zapomniałem, słusznie, sir, powinien pan dostać rękojmię.
Dangerfield ujął pióro i napisał na odwrocie jakiegoś listu:
”Sir, biorąc pod uwagę beznadziejny stan, w jakim znajduje się obecnie doktor Sturk, oraz doniosłość kwestii przywrócenia mowy doktorowi Sturkowi z IAK, nawet na kilka minut, pozwalam sobie poprzeć prośbę pani Sturk, skierowaną do pana, a gdy wykona pan trudną operację, której życzy sobie ona, obiecuję niniejszym, bez względu na to, czy operacja uda się, czy też nie, wręczyć panu honorarium w wysokości pięciuset gwinei.
Paul Dangerfield.
Spiżowy Zamek. Chapelizod.”
Nakreśliwszy datę, wręczył pismo chirurgowi, który przeczytał je i spojrzał z wahaniem na autora listu.
— Och, może pan się rozpytać... każdy, kto zna Chapelizod, powie panu, kim jestem, będzie pan potrzebował jakichś pieniędzy... co?... aby pana stąd wyciągnąć... ile?
— Zaledwie siedem gwinei. Jest tu mały rachunek i pewne opłaty. Osiemnaście pokryje wszystko, jeśli coś nie doszło dziś rano.
Udali się więc do ”Budy”, aby zasięgnąć języka, a ponieważ wszystko było w porządku, pan Dangerfield hojnie potraktował chirurga, który obiecał stawić się w domu doktora Sturka w Chapelizod o siódmej wieczór następnego dnia.
— Proszę, doktorze Dillon, aby był pan łaskaw przybyć karetą — powiedział Dangerfield — i w odpowiednim stroju... pojmuje pan. Oni są tam przyzwyczajeni, wie pan, do Pella i innych lekarzy, którzy występują z całą paradą.
Po tych zaleceniach rozstali się, a chirurg, mając jedynie śmiesznie lekki bagaż, wskoczył do powozu, który ze szczękiem uprzęży uniósł go ku jego kryjówce i wolności.
— Lecz ja wierzę że jest — odparł stanowczo Dangerfield.
— Pan wierzy, lecz j a wiem.
— Niech pan posłucha, sir — rzekł Dangerfield, którego twarz zachmurzyła się, a słowa zabrzmiały dziwnie opryskliwie — wiem, o co mi chodzi. Pragnę, by mógł przemówić, choćby to miały być zaledwie dwie minuty świadomej i wyraźnej mowy, a potem śmierć... wszystko mi jedno, kiedy to nastąpi. Pozostawiony sam sobie, umrzeć musi; wobec tego, wzdraganie się przed operacją, od której zależy odkrycie zarówno jego rzeczywistego mordercy, jak i jego pieniędzy, straconych w przeciwnym wypadku dla jego rodziny, jest... jest przeklętą afektacją. Tak myślę... i pan tak myśli, sir, i proponuję panu pięćset gwinei jako honorarium, a list pani Sturk uchroni pana przed odpowiedzialnością.
Zamilkli. Dangerfield znał charakter tego człowieka równie dobrze, jak jego umiejętności. Mówiono o Czarnym Bilionie gorsze rzeczy niż te, o których napomknęliśmy.
Chirurg spojrzał z dziwnie ponurą miną na stół, podrapał się w głowę i burknął:
— Widzi pan... pan wie... to wysokie wynagrodzenie, z pewnością, lecz wówczas...
— Słuchaj pan — rzekł Dangerfield z taką miną, jakby chciał go pociągnąć za ucho — to wysokie wynagrodzenie i więcej pan nie dostanie... nie powinien pan upierać się przy drobiazgach, gdy chodzi o sprawiedliwość i miłosierdzie... krótko mówiąc: tak czy nie?
— Tak — odparł lekarz — lecz jaką mam pewność otrzymania honorarium?
— Ach! Zapomniałem, słusznie, sir, powinien pan dostać rękojmię.
Dangerfield ujął pióro i napisał na odwrocie jakiegoś listu:
”Sir, biorąc pod uwagę beznadziejny stan, w jakim znajduje się obecnie doktor Sturk, oraz doniosłość kwestii przywrócenia mowy doktorowi Sturkowi z IAK, nawet na kilka minut, pozwalam sobie poprzeć prośbę pani Sturk, skierowaną do pana, a gdy wykona pan trudną operację, której życzy sobie ona, obiecuję niniejszym, bez względu na to, czy operacja uda się, czy też nie, wręczyć panu honorarium w wysokości pięciuset gwinei.
Paul Dangerfield.
Spiżowy Zamek. Chapelizod.”
Nakreśliwszy datę, wręczył pismo chirurgowi, który przeczytał je i spojrzał z wahaniem na autora listu.
— Och, może pan się rozpytać... każdy, kto zna Chapelizod, powie panu, kim jestem, będzie pan potrzebował jakichś pieniędzy... co?... aby pana stąd wyciągnąć... ile?
— Zaledwie siedem gwinei. Jest tu mały rachunek i pewne opłaty. Osiemnaście pokryje wszystko, jeśli coś nie doszło dziś rano.
Udali się więc do ”Budy”, aby zasięgnąć języka, a ponieważ wszystko było w porządku, pan Dangerfield hojnie potraktował chirurga, który obiecał stawić się w domu doktora Sturka w Chapelizod o siódmej wieczór następnego dnia.
— Proszę, doktorze Dillon, aby był pan łaskaw przybyć karetą — powiedział Dangerfield — i w odpowiednim stroju... pojmuje pan. Oni są tam przyzwyczajeni, wie pan, do Pella i innych lekarzy, którzy występują z całą paradą.
Po tych zaleceniach rozstali się, a chirurg, mając jedynie śmiesznie lekki bagaż, wskoczył do powozu, który ze szczękiem uprzęży uniósł go ku jego kryjówce i wolności.
www.belloeforte.pl