Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 52
dbać? Pan tego dowiódł... pana to nie obchodzi, poruczniku Puddock, i nigdy pana nie obchodziło.
I nie czekając odpowiedzi ciotka Becky wybiegła z salonu i udała się na górę do swej sypialni, gwałtownie zatrzaskując za sobą drzwi. Gertruda, która właśnie pisała list w swym pokoju, usłyszała ją z pośpiechem przekręcającą klucz w zamku.
Gdy Cluffe, który przez pewien czas ćwiczył płuca, usiłując przekonać Florę, że powinna przybyć, poniechał w końcu dalszych poszukiwań i powrócił do salonu, by dać wyraz swemu przypuszczeniu, że owa bogini prawdopodobnie schroniła się w kuchni, był nad wyraz zasmucony widząc, że salon ”pozbawiony został swego skarbu, swej pani”.
Wytrącony z równowagi Puddock bynajmniej nie potrafił udzielić mu wyjaśnień ani powiedzieć, czy dama powróci.
— Sądzę, poruczniku Puddock — powiedział Cluffe ogromnie niezadowolony — doszło już bowiem do tego, że ciotkę Rebekę uważał za osobę pozostającą pod jego szczególną opieką — że byłoby może lepiej, gdybyśmy tu wcale nie przyszli. Ja... widzi pan... pan nie jest... sam pan to pojmuje... pan zapewne obraził pannę Rebekę Chattesworth i obawiam się, że nie polepszył pan sprawy, gdy byłem na dole wołając tego przeklętego... tego... tego małego pieska, wie pan. I... co do mnie... jest mi diabelnie przykro, że tu przyszedłem, sir.
Było to powiedziane po prawie dziesięciu minutach oczekiwania, które zdawało się trwać co najmniej dwa razy dłużej.
— Przykro mi, sir, że sprawiłem panu kłopot mym niefortunnym towarzystwem — odparł z godnością mały Puddock.
— Ależ to nie to, pojmuje pan — odparł Cluffe opiekuńczym tonem, jak gdyby mówił: ”mój dobry chłopcze” — pan wie, że zawsze diabelnie lubię pana towarzystwo. Lecz nie widzę niczego dobrego w stawianiu się w sytuacji kogoś, uznanego de trop... Czyż pan tego nie pojmuje?... z powodu innych ludzi... i w narażaniu się na taką przykrość...
I nie czekając odpowiedzi ciotka Becky wybiegła z salonu i udała się na górę do swej sypialni, gwałtownie zatrzaskując za sobą drzwi. Gertruda, która właśnie pisała list w swym pokoju, usłyszała ją z pośpiechem przekręcającą klucz w zamku.
Gdy Cluffe, który przez pewien czas ćwiczył płuca, usiłując przekonać Florę, że powinna przybyć, poniechał w końcu dalszych poszukiwań i powrócił do salonu, by dać wyraz swemu przypuszczeniu, że owa bogini prawdopodobnie schroniła się w kuchni, był nad wyraz zasmucony widząc, że salon ”pozbawiony został swego skarbu, swej pani”.
Wytrącony z równowagi Puddock bynajmniej nie potrafił udzielić mu wyjaśnień ani powiedzieć, czy dama powróci.
— Sądzę, poruczniku Puddock — powiedział Cluffe ogromnie niezadowolony — doszło już bowiem do tego, że ciotkę Rebekę uważał za osobę pozostającą pod jego szczególną opieką — że byłoby może lepiej, gdybyśmy tu wcale nie przyszli. Ja... widzi pan... pan nie jest... sam pan to pojmuje... pan zapewne obraził pannę Rebekę Chattesworth i obawiam się, że nie polepszył pan sprawy, gdy byłem na dole wołając tego przeklętego... tego... tego małego pieska, wie pan. I... co do mnie... jest mi diabelnie przykro, że tu przyszedłem, sir.
Było to powiedziane po prawie dziesięciu minutach oczekiwania, które zdawało się trwać co najmniej dwa razy dłużej.
— Przykro mi, sir, że sprawiłem panu kłopot mym niefortunnym towarzystwem — odparł z godnością mały Puddock.
— Ależ to nie to, pojmuje pan — odparł Cluffe opiekuńczym tonem, jak gdyby mówił: ”mój dobry chłopcze” — pan wie, że zawsze diabelnie lubię pana towarzystwo. Lecz nie widzę niczego dobrego w stawianiu się w sytuacji kogoś, uznanego de trop... Czyż pan tego nie pojmuje?... z powodu innych ludzi... i w narażaniu się na taką przykrość...
www.belloeforte.pl