Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 46
ROZDZIAŁ LXXXII
PAN PAUL DANGERFIELD SKŁADA WYRAZY USZANOWANIA I PRAWI KOMPLEMENTY W BELMONT, GDZIE POJAWIAJĄ SIĘ RÓWNIEŻ I INNI GOŚCIE

Nim pan Dangerfield udał się do miasta konno drogą przez most do Palmerstown, zsiadł przed drzwiami Belmont i spytał o generała. Nie było go w domu. Zapytał więc o pannę Rebekę Chattesworth. Tak, jest w salonie. Tak więc rześki, blady i niezmordowany szybko wszedł po schodach.
— Pan Dangerfield — głośno zapowiedział Dominik, otwierając szeroko drzwi, a podstarzały, nieszczęsny zalotnik wsunął się do środka.
— Madame, pani najpokorniejszy sługa.
— Och! Pan Dangerfield? Witam pana serdecznie — powiedziała ciotka Becky, składając głęboki dyg i wyciągając swą szczupłą, upierścienioną dłoń, którą gość ujął wykwintnym ruchem ponownie skłoniwszy się z uśmiechem i błyskiem okularów.
Ciotka Becky odłożyła tom Richardsona. Była zupełnie sama, nie licząc małej małpki Goblin ze srebrną obrączką wokół pasa i łańcuszkiem doń przyczepionym, dwóch wyżłów, których szczekanie po chwili ustało, i jednej szarej papugi na żerdce w wykuszu, która, na szczęście, nie była w zbyt gadatliwym nastroju. Tak więc, istoty ludzkie mogły bez większych przeszkód przystąpić do wymiany kilku zdań. Pan Dangerfield rzekł:
— Jestem szczęśliwy, madame, że panią zastałem, albowiem mimo doznanych rozczarowań, mam dług wdzięczności wobec panny Rebeki Chattesworth, a straciwszy nadzieję, bym. mógł go kiedykolwiek spłacić, mogę go tylko potwierdzić. Gdybym tego nie uczynił, wyjechałbym z Irlandii niepocieszony.
— Co za fircyk! Co za fircyk! — powiedziała papuga.
— Zbyt wysoko ocenia pan moje skromne chęci, panie Dangerfield. Przeceniłam swój wpływ na tę młodą damę; lecz czemuż mówić tak wcześnie o pana odjeździe? Nawet 'krótki okres czasu mógłby jeszcze przynieść jakąś zmianę.
— Kłamiesz, ty psie! Kłamiesz, kłamiesz! — zawołała papuga.
— Madame — odparł gość potrząsając głową — jest to nadzieja wbrew nadziei. Czas doda mi nieco zmarszczek nie łagodząc jej niechęci. Całkowicie straciłem nadzieję. Gdyby pozostała choć jedna jej iskierka, nigdy nie myślałbym o opuszczeniu Chapelizod.
Nastąpiło długie milczenie, podczas którego papuga powtarzała od czasu do czasu: ”Kłamiesz, kłamiesz, ty psie, kłamiesz”.
— Oczywiście, jeśli nie ma żadnych rzeczywistych wi-