Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 37
— Rozumiem, sir... Sądzę, że rozumiem; lecz kim wobec tego był ów winowajca, który zabił pana... och! Jak on się nazywał... ów nieboszczyk... wie pan?
— Cóż, wahałbym się zabierać głos w tej sprawie, sir. W tej chwili mogę powiedzieć jedynie to, że jestem przekonany, iż Charles Archer składając przysięgę popełnił rozmyślnie krzywoprzysięstwo.
— Pan jest przekonany... Ach!... to wystarczy. Pan oczywiście nie chce powiedzieć, że jest to zwykłe przypuszczenie... co?
— Nie wiem, sir, jak chciałby pan to nazwać, lecz jest to z całą pewnością uczucie silnie zakorzenione w mym umyśle.
— A zatem, sir, sądzę, że może się ono okazać uzasadnione. Żałuję, że nie jestem w posiadaniu kopii tego pisma, lecz, choć sam go nie mam, myślę, że mogę panu dopomóc w uzyskaniu go. Było ono zaadresowane, doskonale to pamiętam, do firmy Elrington, Pełnomocników Prawnych w Chancery-Lane, w Londynie. Pamiętam to, gdyż jego lordowska mość Castlemallard zrobił z owego dokumentu użytek w osiem czy dziewięć lat później przy pewnej transakcji prawnej, co przywołało mi na pamięć całą sprawę, nim ulotniła się z mych myśli. Bez wątpienia, mają oni u siebie ów dokument. Było to mniej więcej w tydzień po śmierci Charlesa Archera. Może pan znaleźć datę w gazetach. Gdy będzie pan do nich pisał, proszę nie wymieniać mojego nazwiska, ponieważ, być może, nie będzie im się chciało szukać, a jego lordowska mość nie pochwaliłby mego wtrącania się do cudzych spraw, nawet do pańskich.
— Nie zapomnę o tym. Lecz co będzie, jeśli odmówią wyszukania owego pisma?
— Niech pan spowoduje, aby im się to opłaciło, sir; mo-gą utyskiwać, lecz ręczę, że znajdą je.
— Sir — powiedział nagle Mervyn — nie wiem, jak panu dziękować. Jeśli okaże się, że to oświadczenie, jak pan przypuszcza, dołączone jest do świadectwa zgonu, może naprowadzić mnie ono na ślad owego zaginionego świadka, który mógłby jeszcze zwrócić mi moje zhańbione nazwisko i majątek. Dziękuję panu, sir, z całego serca dziękuję.
Mówiąc to chwycił białą, szczupłą dłoń Dangerfielda z zapałem, jakże niepodobnym do jego oziębłego powitania