Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 36
— Jestem panu głęboko zobowiązany, sir... głęboko... — powiedział Mervyn z ożywieniem.
— Jestem ogromnie rad, sir. Chodzi tu o Charlesa Archera. Przypomniałem sobie po naszym ostatnim spotkaniu o pewnym dokumencie dotyczącym jego śmierci. Dokument ów ma moc prawną i podpisany został przez co najmniej trzech gentlemenów. Jednym z nich był Philip Drayton z Drayton Hall, który był z nim we Florencji podczas jego ostatniej choroby. Być może, że ja sam również podpisałem ów dokument, lecz nie pamiętam. Było to na jego wyraźne życzenie, o ile mnie pamięć nie myli, gdyż pragnął zapobiec procesowi sądowemu, który mógłby narobić wrzawy i okryć hańbą jego rodzinę.
— Czy pan sobie przypomina, co to za dokument?
— Cóż, o tyle, o ile. Jestem całkiem pewien, że zaczynał się od świadectwa zgonu, dalej, wydaje mi się, następowało oświadczenie stosownie do jego ostatniej prośby, które zdziwiło nas i wstrząsnęło nami. Mówię, że w y d a j e mi się, albowiem, choć pamiętam, że takie oświadczenie zostało uroczyście złożone, nie mogę sobie przypomnieć, czy było ono umieszczone w tym piśmie, o którym mówię. Jestem jednak przeświadczony, że dotyczyło jakiegoś przestępstwa — była to spowiedź z czegoś, lecz za nic na świecie nie mogę sobie przypomnieć, co to było. Gdyby pan mógł mi wyjawić przedmiot pańskich podejrzeń, mogłoby mi to pomóc. Nigdy nie przypomniałbym sobie tego zdarzenia, gdyby nie nasze poprzednie spotkanie. Nie mogę sobie dokładnie... a właściwie w c a l e... uprzytomnić, co to było za przestępstwo... fałszerstwo czy krzywoprzysięstwo, czy tak?
— Cóż, sir, oto co to było — odparł Mervyn i zatrzymał się w pół słowa, nie wiedząc, jak dalece to niewinne nawet wyznanie mogłoby narazić Ironsa na podejrzenie. Dangerfield z głową lekko pochyloną milczał niepokojąco i słuchał uważnie.
— Ja... ja podejrzewam — podjął Mervyn — podejrzewam, że było to krzywoprzysięstwo.
— Och! Krzywoprzysięstwo? Rozumiem... w sprawie jego zeznań w tym nieszczęsnym powództwie. Jego lordowska mość Dunoran, tak?
— Mervyn skinął głową, a Dangerfield przez parę minut milczał zamyślony, wreszcie rzekł:
— Jestem ogromnie rad, sir. Chodzi tu o Charlesa Archera. Przypomniałem sobie po naszym ostatnim spotkaniu o pewnym dokumencie dotyczącym jego śmierci. Dokument ów ma moc prawną i podpisany został przez co najmniej trzech gentlemenów. Jednym z nich był Philip Drayton z Drayton Hall, który był z nim we Florencji podczas jego ostatniej choroby. Być może, że ja sam również podpisałem ów dokument, lecz nie pamiętam. Było to na jego wyraźne życzenie, o ile mnie pamięć nie myli, gdyż pragnął zapobiec procesowi sądowemu, który mógłby narobić wrzawy i okryć hańbą jego rodzinę.
— Czy pan sobie przypomina, co to za dokument?
— Cóż, o tyle, o ile. Jestem całkiem pewien, że zaczynał się od świadectwa zgonu, dalej, wydaje mi się, następowało oświadczenie stosownie do jego ostatniej prośby, które zdziwiło nas i wstrząsnęło nami. Mówię, że w y d a j e mi się, albowiem, choć pamiętam, że takie oświadczenie zostało uroczyście złożone, nie mogę sobie przypomnieć, czy było ono umieszczone w tym piśmie, o którym mówię. Jestem jednak przeświadczony, że dotyczyło jakiegoś przestępstwa — była to spowiedź z czegoś, lecz za nic na świecie nie mogę sobie przypomnieć, co to było. Gdyby pan mógł mi wyjawić przedmiot pańskich podejrzeń, mogłoby mi to pomóc. Nigdy nie przypomniałbym sobie tego zdarzenia, gdyby nie nasze poprzednie spotkanie. Nie mogę sobie dokładnie... a właściwie w c a l e... uprzytomnić, co to było za przestępstwo... fałszerstwo czy krzywoprzysięstwo, czy tak?
— Cóż, sir, oto co to było — odparł Mervyn i zatrzymał się w pół słowa, nie wiedząc, jak dalece to niewinne nawet wyznanie mogłoby narazić Ironsa na podejrzenie. Dangerfield z głową lekko pochyloną milczał niepokojąco i słuchał uważnie.
— Ja... ja podejrzewam — podjął Mervyn — podejrzewam, że było to krzywoprzysięstwo.
— Och! Krzywoprzysięstwo? Rozumiem... w sprawie jego zeznań w tym nieszczęsnym powództwie. Jego lordowska mość Dunoran, tak?
— Mervyn skinął głową, a Dangerfield przez parę minut milczał zamyślony, wreszcie rzekł:
www.belloeforte.pl