Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 35
ROZDZIAŁ LXXX
W KTÓRYM DWÓCH ZNAJOMYCH W NIEOCZEKIWANY I CUDOWNY SPOSÓB ZAWIERA PRZYJAŹŃ NA CMENTARZU, A PAN DANGERFIELD PALI FAJKĘ W SPIŻOWYM ZAMKU I POSTANAWIA, ŻE NIEMI WINNI PRZEMÓWIĆ

W niedzielę, po kazaniu i błogosławieństwie dobrego proboszcza, Mervyn, pragnąc dowiedzieć się od niego, co się dzieje z zakrystianem — miejsce Ironsa tymczasowo zajął zażywny, tłusty osobnik z Dublina, którego gruba postać i świszcząca wymowa pozostawały w uderzającym przeciwieństwie do wychudzonej sylwetki i głębokiego, jakby z otchłani dobywającego się głosu nieobecnego sługi kościelnego — krążył po cmentarzu, czekając, aż wierni rozejdą się, a proboszcz zmieni szaty i wyjdzie z kościoła.
Odczytywał właśnie epitafium na rozległej czarnej płycie kamiennej w kącie cmentarza — jest ona tam nadal — gdzie kilku kolejnych przodków rodziny Lowe spało na dole snem wiecznym ”w nadziei”, o czym kamieniarz powiadomił świat ”w górze”. Mervyn rozmyślał, jak to czynią ludzie pogrążeni w smutku, nad datami wyrytymi w kamieniu i marnością owych napisów, gdy w pewnej chwili szczupła biała dłoń spoczęła lekko na rękawie jego płaszcza. Obejrzał się oczekując, że ujrzy poważną, prostoduszną, uprzejmą twarz proboszcza, lecz miast niej, spostrzegł białe lśniące oblicze Paula Dangerfielda i na widok ów przeszedł go niezrozumiały dreszcz.
— Hamlet na cmentarzu! — powiedział siwy gentleman z zagadkowym rozbawieniem wielce zbliżonym do szyderstwa. — Jestem za stary, by grać Horacego, lecz stojąc u jego boku, jeśli książę zezwoli, pragnąłbym rzec parę przyjaznych słów we właściwy mi zwięzły sposób.
W naturze Mervyna było coś, co odruchowo wzdragało się przed tą niezwykłą osobą stojącą u jego boku. Ich usposobienia i pragnienia były zapewne różne i bardzo od siebie odległe. Chłodny i połyskliwy był ów gelidus anguis in herba — w trawie cmentarnej — który przysunął do ucha Mervyna swą złowieszczą grzywę.
Czoło ”Hamleta” lekko poczerwieniało, a w oczach jego zalśniło coś niebezpiecznego, gdy spojrzał na swego nieugiętego znajomego. Lecz uczucie to było jedynie przejściowe i niedorzeczne, powitał go więc z zimną i ponurą grzecznością.
— Myślałem o tym, panie Mervyn — odezwał się pan Dangerfield uprzejmie — by po nabożeństwie przejść się do domu ”Pod Dachówką” i złożyć panu moje uszanowanie oraz poprosić o zaszczyt pięciominutowej rozmowy z panem; lecz widząc pana tu, pozwoliłem sobie podejść do pana.
— Jeśli mogę służyć panu czymkolwiek, panie Dangerfield... — zaczął Mervyn.
Dangerfield uśmiechnął się i skłonił. Był niezmiernie uprzejmy, lecz w uśmiechu jego był odcień wyższości, który Mervyn odczuł niemal jak zniewagę.
— Źle mnie pan zrozumiał, sir. Jestem panu ogromnie wdzięczny, lecz nie mam zamiaru niepokoić pana dłużej niż dwie lub trzy minuty. Mam panu coś do powiedzenia, sir. Doprawdy, bardzo pragnąłbym przysłużyć się panu, jeśli to będzie w mej mocy, a to dlatego, że przypomniałem sobie po naszym ostatnim spotkaniu pewne okoliczności, które, być może, będzie pan mógł wykorzystać.