Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 33
Chcieli go tedy wziąć do łodzi, a natychmiast łódź przypłynęła do ziemi, do której jechali”.
Podobnie jest z kruchą barką śmiertelności i drżącym duchem przez nią unoszonym. Gdy ”zapadł zmrok i morze burzyć się poczyna” i ”wiatr wielki” wieje, łódź wznosi się na grzbietach fal i biednemu sercu w niej braknie odwagi, a na widok mglistej postaci kroczącej po wzburzonych wodach, którą biorą za anioła śmierci, wydaje okrzyk zgrozy, lecz wówczas rozbrzmiewa głos słodkiego Zbawiciela, Pana Żywota: ”Jam jest, nie lękajcie się”, i wierne dusze ”przyjmują go z radością do łodzi”, która natychmiast przybija do brzegu będącego celem ich wędrówki. Lecz, ach! biedne, samotne dusze pozostawione na drugim brzegu!
Pewnego ranka stara Sally, która lubiła powtarzać na swój spokojny sposób wszystkie miasteczkowe nowiny, powiedziała, chcąc wywołać uśmiech na twarzy swej młodej pani lub choćby nieco ją czymś rozerwać:
— Ten szalony, młody gentleman, kapitan Devereux, stał się, jak mówią, bardzo pobożny; pani Irons opowiadała mi, że wieczorami domaga się Biblii; mówiła mi też, że wcale nie gra w karty, nie wieczerza w ”Feniksie”, unika złego towarzystwa, nie jeździ do Dublina, lecz chodzi do kościoła; i mówi ona, że nie wie, co się z nim dzieje.
Mała Lily nie odezwała się i nie podniosła głowy; dalej trącała czubkiem palca medalionik, który leżał na stole i wpatrywała się weń w milczeniu. Wydawało się, że nie słucha tego, co mówi stara Sally, i w ogóle nie słyszy jej słów, lecz gdy niania umilkła, trwała w milczeniu jak dziecko, które czeka na dalszy ciąg, gdy muzyka ucichnie.
Gdy Lily zeszła na dół, ustawiła krzesło blisko okna tak, aby widzieć przebiśniegi i krokusy.
— Nareszcie wiosna, kochana Sally! Czuję się o wiele, wiele lepiej — Lily uśmiechnęła się do kwiatów przez szybę i wyobrażam sobie, że kwiaty rozkwitły w cudownym blasku jej uśmiechu.
Wciąż powtarzała, że czuje się ”o wiele lepiej, o wiele silniejsza”, i prosiła starą Sally, by siedziała przy niej
Podobnie jest z kruchą barką śmiertelności i drżącym duchem przez nią unoszonym. Gdy ”zapadł zmrok i morze burzyć się poczyna” i ”wiatr wielki” wieje, łódź wznosi się na grzbietach fal i biednemu sercu w niej braknie odwagi, a na widok mglistej postaci kroczącej po wzburzonych wodach, którą biorą za anioła śmierci, wydaje okrzyk zgrozy, lecz wówczas rozbrzmiewa głos słodkiego Zbawiciela, Pana Żywota: ”Jam jest, nie lękajcie się”, i wierne dusze ”przyjmują go z radością do łodzi”, która natychmiast przybija do brzegu będącego celem ich wędrówki. Lecz, ach! biedne, samotne dusze pozostawione na drugim brzegu!
Pewnego ranka stara Sally, która lubiła powtarzać na swój spokojny sposób wszystkie miasteczkowe nowiny, powiedziała, chcąc wywołać uśmiech na twarzy swej młodej pani lub choćby nieco ją czymś rozerwać:
— Ten szalony, młody gentleman, kapitan Devereux, stał się, jak mówią, bardzo pobożny; pani Irons opowiadała mi, że wieczorami domaga się Biblii; mówiła mi też, że wcale nie gra w karty, nie wieczerza w ”Feniksie”, unika złego towarzystwa, nie jeździ do Dublina, lecz chodzi do kościoła; i mówi ona, że nie wie, co się z nim dzieje.
Mała Lily nie odezwała się i nie podniosła głowy; dalej trącała czubkiem palca medalionik, który leżał na stole i wpatrywała się weń w milczeniu. Wydawało się, że nie słucha tego, co mówi stara Sally, i w ogóle nie słyszy jej słów, lecz gdy niania umilkła, trwała w milczeniu jak dziecko, które czeka na dalszy ciąg, gdy muzyka ucichnie.
Gdy Lily zeszła na dół, ustawiła krzesło blisko okna tak, aby widzieć przebiśniegi i krokusy.
— Nareszcie wiosna, kochana Sally! Czuję się o wiele, wiele lepiej — Lily uśmiechnęła się do kwiatów przez szybę i wyobrażam sobie, że kwiaty rozkwitły w cudownym blasku jej uśmiechu.
Wciąż powtarzała, że czuje się ”o wiele lepiej, o wiele silniejsza”, i prosiła starą Sally, by siedziała przy niej
www.belloeforte.pl