Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 3
podoba mi się to. Bardzo możliwe, że to wszystko jest prawdą jak święta Ewangelia. Są oni najbardziej diaboliczną parą, jaką kiedykolwiek widziałem chodzącą na wolności, niech ich licho porwie. Nie zdziwiłbym się wcale, gdyby byli rabusiami. Wdowa wygląda za bardzo na mężczyznę w spódnicy, he! Jak diabeł. Myślę, że będę musiał posłać Morana i Briena, by przenocowali dziś w tym domu; lecz, niech to licho! Gdyby byli rabusiami, nie przybywaliby za dnia, by nas uprzedzić.”
— Hej! Moggy, zrzuć mi jeden z tych papierów, abym mógł dowiedzieć się o czym tam mowa!
Tak więc zagniewany wielokrotnie odczytywał zawiadomienie, gdyż nie mógł zrozumieć owego pisma nawet w połowie, a był bardzo ciekaw.
— No dobrze, schowaj to w bezpiecznym miejscu, Moggy — powiedział. ”Hm... to istotnie wygląda na jakiś akt prawny i myślę, że nim jest. Nie... nie są włamywaczami, lecz rabusiami innego rodzaju... i to gorszego, przysiągłbym.”
— Słuchaj — rzekłToole, którego uderzyła pewna myśl — zrzuć mi na dół te papiery raz jeszcze... dziękuję ci, panienko. Myślę, że trzeba się nimi zająć; pójdę więc zobaczyć się z adwokatem biednego waszego pana, rozumiesz? Obaj będziemy się nad tym głowić... i tak będzie słusznie... wdowa, doprawdy!
I nakazawszy uroczyście służącej, by dopilnowała zaryglowania drzwi i zamknięcia okien, kiwnął głową i pomachał ręką pannie Moggy, po czym mamrocząc do siebie jakieś urwane zdania czy przekleństwa i wysilając umysł w poszukiwaniu klucza do tej nowej, zawiłej zagadki, zapiął kieszeń z prawnymi dokumentami i udał się dumnym krokiem do miasteczka, gdzie jego szkapa czekała już osiodłana, a Jimmey przeprowadzał ją przed drzwiami doktora.
Owego ranka Toole miał do spełnienia smutne zadanie. Albowiem, choć właściwą dziedziną lekarza jest życie, zna on również śmierć i przywykł do widoku znanych sobie twarzy w jej niezwykłej masce. Bardziej zatem opanowany niż inni, lecz odczuwając nie mniejszy żal, pokłusował, by rzucić, ile mógł, światła na sprawę śledztwa dotyczącego zwłok biednego Charlesa Nuttera.
— Hej! Moggy, zrzuć mi jeden z tych papierów, abym mógł dowiedzieć się o czym tam mowa!
Tak więc zagniewany wielokrotnie odczytywał zawiadomienie, gdyż nie mógł zrozumieć owego pisma nawet w połowie, a był bardzo ciekaw.
— No dobrze, schowaj to w bezpiecznym miejscu, Moggy — powiedział. ”Hm... to istotnie wygląda na jakiś akt prawny i myślę, że nim jest. Nie... nie są włamywaczami, lecz rabusiami innego rodzaju... i to gorszego, przysiągłbym.”
— Słuchaj — rzekłToole, którego uderzyła pewna myśl — zrzuć mi na dół te papiery raz jeszcze... dziękuję ci, panienko. Myślę, że trzeba się nimi zająć; pójdę więc zobaczyć się z adwokatem biednego waszego pana, rozumiesz? Obaj będziemy się nad tym głowić... i tak będzie słusznie... wdowa, doprawdy!
I nakazawszy uroczyście służącej, by dopilnowała zaryglowania drzwi i zamknięcia okien, kiwnął głową i pomachał ręką pannie Moggy, po czym mamrocząc do siebie jakieś urwane zdania czy przekleństwa i wysilając umysł w poszukiwaniu klucza do tej nowej, zawiłej zagadki, zapiął kieszeń z prawnymi dokumentami i udał się dumnym krokiem do miasteczka, gdzie jego szkapa czekała już osiodłana, a Jimmey przeprowadzał ją przed drzwiami doktora.
Owego ranka Toole miał do spełnienia smutne zadanie. Albowiem, choć właściwą dziedziną lekarza jest życie, zna on również śmierć i przywykł do widoku znanych sobie twarzy w jej niezwykłej masce. Bardziej zatem opanowany niż inni, lecz odczuwając nie mniejszy żal, pokłusował, by rzucić, ile mógł, światła na sprawę śledztwa dotyczącego zwłok biednego Charlesa Nuttera.
www.belloeforte.pl