Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 24
ROZDZIAŁ LXXVIII
W SALONIE OJCA ROACHA NADAL PANUJE HARMONIA, LECZ DYSONANSE ROZLEGAJĄ SIĘ GDZIE INDZIEJ, A DOKTOR TOOLE POWRACA RANKIEM ZE ZDUMIEWAJĄCYM ZASOBEM WIADOMOŚCI

Dobrzy ludzie, którzy rozgościli się w domostwie biednego Nuttera, wcale nie wydawali się zmieszani przybyciem księdza. Na jego pukanie do drzwi wejściowych odpowiedziała służąca M.M. z tak doskonałą pewnością siebie, jak gdyby dom ów zawsze należał do jej pani. Pomiędzy tą zuchwałą dziewką a jego wielebnością, który nie był w nastroju do żartów, wynikł w sieni mały spór; wreszcie wprowadzono go do salonu, gdzie pani Matchwell i Brudny Davy siedzieli przy stole nakrytym do podwieczorku, a przyjemny zapach, silniejszy niż chiński aromat, rozchodził się po całym pokoju.
Nie ma potrzeby przytaczania dialogu między stronami, podczas którego poczciwy ksiądz wyszedł zwycięsko z ciężkiej próby, jakiej poddana została jego wrodzona uprzejmość wobec dam, ani opowiadać o tym, jak się zabezpieczył, prowadząc ”dyskurs” z adwokatem; jak w mowie swej używał na przemian argumentów natury religijnej i straszliwych przekleństw; i jak w przełomowej chwili rozmowy, choć panował na tyle nad sobą, by skłonić się matronie, bliski był rozbicia głowy prawnika pięknym okazem irlandzkiego dębu, który trzymał w ręku; w istocie jedynie pełen wstrzemięźliwości szacunek dla stroju owego gentlemana powstrzymał go od tego czynu.
— Lecz przypuśćmy, madame — powiedział jego wielebność nawiązując do zdumiewającego twierdzenia o małżeństwie M.M. z Nutterem — jeśli okaże się, że tak jest, nie chciałaby pani oczywiście wyrzucićtej biednej kobiety z domu bez pensa w kieszeni i zmusićjej do żebraniao kawałek chleba?
— Pańska przyjaciółka, tam na górze, sir, miała zamiar grać rolę damy do końca swych dni — odpowiedziała z kocim spokojem chytra i okrutna M.M. — na mój koszt i ku memu żalowi. Przez długie dwadzieścia lat lub niemal tyle żyła z moim mężem, przejadając mój majątek i trzymając mnie w niedostatku. Cóż dawała mi przez cały ów czas? Nawet marnej skórki chleba... cha cha! Nie, nie pozwoliła memu mężowi napisać do mnie kilku słów lub przysłać mi szylinga. Uważam, że winna mi jest za swe utrzymanie... w moim domu, mnie, wyzutej z własności... pełne dwa tysiące funtów. Proszę sobie obliczyć, mój prawny doradca radzi mi, bym żądała od niej zapłaty.
— Raczej zdania rachunku, pani, lub, jeśli jest ona skłonna postępować uczciwie, weźmie pani to, co pani zdaniem będzie w granicach rozsądku i sprawiedliwości — wtrącił Brudny Davy.
— Otóż to — zakończyła pani Mary. — Nie chcę jej gło-