Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 23
młoda jak i nowożeniec, oboje byli ”dawnej wiary” — układ został zatwierdzony i oto kobziarz wraz z panem młodym w hucznym unisono śpiewali, aż trzeszczały krokwie dachu, Hymen, Hymen, o Hymenoe!
Pośrodku owych radosnych uroczystości jego wielebność został wezwany do sieni, gdzie unosił się już smakowity zapach gęsi, cebuli i wędzonki przyrumienionych na ogniu kuchennym, a także wielu innych smakołyków, złagodzony i wzbogacony wonią dobywającą się z buteleczki ponczu, która ze względu na wielkie zmęczenie kobziarza stała u jego boku.
Gdy ów świątobliwy człowiek usłyszał opowiadanie Moggy, poskrobał się w tonsurę i, muszę to przyznać, przybrał diabelnie zakłopotaną minę.
— Widzisz, Moggy, moje dziecko, doprawdy, czyż nie rozumiesz, że to nie do mnie powinnaś się była zwrócić, jestem tu, moja droga, bardzo zajęty — i otarł swe wilgotne i rumiane oblicze — jednym ze świętych obrzędów Kościoła, sakramentem, moja droga, jeśli... — tu Mahony i kobziarz uderzyli znów w tak głośną nutę w salonie, że jak Moggy później zauważyła, ”nie mogli dosłyszeć własnych słów”, toteż koniec zdania zagłuszony został przez: ”wiele butelek rozbiłem w swoim czasie”. Jego wielebność niecierpliwym skinieniem ręki przywołał więc Moggy do drzwi sieni, które otworzył, i stojąc na stopniach, gdzie wreszcie zgiełk nie zagłuszał jego słów, wyjaśnił dziewczynie, czym jest obecnie zajęty, i skierował ją do doktora Toole'a. Dowiedziawszy się jednak, że ten ostatni jest w Dublinie, raz jeszcze podrapał się w tonsurę.
— Niech diabli porwą ich wszystkich, moja droga, że też tak piękny wieczór musieli obrać dla swych wybryków... dokumenty prawne również, powiadasz, i adwokat w tym wszystkim... nie ma możliwości wpłynąć na nich w jakiś sposób. Gdyby tu był jeszcze inny mężczyzna i ze dwóch u jego boku, i ja sam, i Pat Moran, spuścilibyśmy im tęgie lanie i wykurzyli z domu wprost do rzeki, a nie trwałoby to i jednej zdrowaśki.
Uderzyło go jednak, że słowa te mogą wydać się Moggy nieprzystojne, wielebny ojciec urwał więc i z podniesionymi w górę oczyma wyszeptał coś po łacinie wykonując znak krzyża świętego. Odzyskawszy w ten sposób swą duszpasterską godność, przystąpił do wykazania dziewczynie bezcelowości swych odwiedzin w domu ”Pod Młynem”.
Lecz ojciec Roach, choć czasem nieco wrażliwy i ogółem biorąc nie pozbawiony wad, był równie dobrodusznym pustelnikiem jak każdy duchowny, który kiedykolwiek odprawiał mszę lub oddawał się kontemplacji nad wazą ponczu. Gdyby odmówił pójścia do domu ”Pod Młynem”, nie zaznałby spokoju owej nocy ani z pewnością przez cały następny tydzień. Tak więc westchnąwszy głęboko, powziął decyzję. Spokojnie narzucił płaszcz i szal, które to części garderoby wisiały na kołku za drzwiami w sieni, strzepnął ręką kapelusz, chwycił grubą dębową laskę i polecając gospodyni, by powiedziała gościom, gdyby o niego zapytali, że zmuszony był wyjść na dziesięć minut w sprawach parafialnych, zażywny księżulo wysunął się cichaczem z domu, co prawda bez wielkiej chęci zostania błędnym rycerzem, lecz z silną wolą uratowania, jeśli okaże się to możliwe, księżniczki w niebezpieczeństwie, otoczonej olbrzymami i czarnoksiężnikami w domu ”Pod Młynem”.
W domu ”Pod Łososiem” wciągnął do współpracy krzepkiego Paddy Morana powiadamiając go ku wielkiemu zdziwieniu owego hulaki, że będzie spał tej nocy w ”domu pani Nutter”, po czym ksiądz rycerz, jego giermek i panienka wędrowniczka udali się szybkim krokiem do domu ”Pod Młynem”.