Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 20
ROZDZIAŁ LXXVII
W KTÓRYM PRZEWAŻAJĄ MELODIE IRLANDZKIE
Otóż ojciec Roach zamieszkiwał pierwszy dom przy Chapel Lane, która składała się z dwóch domów i, jak z tego widać, nie była zbyt długa. Drzwi wejściowe pomalowane były na zielono — kolor narodowy — i kryły za sobą, stwierdzam z zadowoleniem, niejedną z cnót narodowych, wśród których królowała gościnność. Gdy Moggy skręciła za róg, gdzie znalazła przyjazne schronienie przed zimnym wiatrem, do uszu jej dotarł stentorowy głos, któremu towarzyszyło słodkie beczenie kobzy, kończący właśnie w wysoce efektownym i ozdobnym stylu ostatnią zwrotkę Dziewczęcia Rue.Szacunek dla owej niebiańskiej melodii, chęć usłyszenia dalszego jej ciągu zatrzymały Moggy na stopniach, z dłonią na kołatce; nie chciała bowiem zakłócać swym niewczesnym stukaniem harmonijnych dźwięków, od których dzieliło ją tylko okno i okiennica. Gdy śpiew zakończył się nieokreślonym chrząknięciem, a instrument zajęczał przeciągle i ucichł, rozległ się chóralny, przenikliwy kobiecy jazgot wyrażający śmiech i głosy podziwu; nad tą wrzawą górował mocny i melodyjny głos ojca Roacha wołający ”Brawo, Pat Mahony!”
Skoro wszyscy w tym wesołym towarzystwie mówili jednocześnie i Moggy nie mogła zrozumieć ani jednego zdania, postanowiła nie czekać dłużej i poczęła z całych sił uderzać kołatką.
Służąca, która najwyraźniej znajdowała się w sieni, niemal natychmiast otworzyła drzwi i powitawszy Moggy w pośpiechu, podniecona i rozchichotana, wepchnęła ją do środka, chwyciwszy ją za ramię, po czym zamknęła za nią drzwi. Następnie damulki wymieniły między sobą zapytania: ”Jak się miewasz?” i ”Cóż to jesteś taka wytworna?”, po czym obie sąsiadki uścisnęły sobie ręce. Służąca duchownego opowiedziała Moggy, szepcząc jej na ucho z oszałamiającą szybkością: ”To wesele, takiej zabawy nigdyś nie widziała, takich tańców, śpiewów, śmiechów i takiej uciechy! Musisz zaczekać i ujrzeć to doborowe towarzystwo”, które częściowo można było dostrzec, a i usłyszeć przez półotwarte drzwi frontowego salonu; ”wieczerza będzie wspaniała: zrazy wołowe, dwie gęsi i cały cebrzyk ostryg”, itd., itd.
Muszę tu nadmienić, że uczta owa była w rzeczywistości bardziej romantyczna i cudowna niż biesiada na osławionym weselu Bogacza Camacho i stanowiła jeden z wielu setek dowodów, z jakimi spotkałem się w czasie mej długiej pielgrzymki, że uczciwa proza codziennego życia bywa nieraz dziesięciokroć bardziej zaskakująca niż nierealne fikcje nawet najlepszych epickich poetów.
Waleczny sir Jaufry skazany został co prawda na uwięzienie w lochu przez jasnowłosą Brunissendę, która jednak, gdy tylko go ujrzała, zakochała się w owym rycerzu i oddała mu w końcu swą rękę. Lecz gdyby jasnowłosa Brunissenda miała czterdzieści pięć lat lub, tak jak nasza da-
W KTÓRYM PRZEWAŻAJĄ MELODIE IRLANDZKIE
Otóż ojciec Roach zamieszkiwał pierwszy dom przy Chapel Lane, która składała się z dwóch domów i, jak z tego widać, nie była zbyt długa. Drzwi wejściowe pomalowane były na zielono — kolor narodowy — i kryły za sobą, stwierdzam z zadowoleniem, niejedną z cnót narodowych, wśród których królowała gościnność. Gdy Moggy skręciła za róg, gdzie znalazła przyjazne schronienie przed zimnym wiatrem, do uszu jej dotarł stentorowy głos, któremu towarzyszyło słodkie beczenie kobzy, kończący właśnie w wysoce efektownym i ozdobnym stylu ostatnią zwrotkę Dziewczęcia Rue.Szacunek dla owej niebiańskiej melodii, chęć usłyszenia dalszego jej ciągu zatrzymały Moggy na stopniach, z dłonią na kołatce; nie chciała bowiem zakłócać swym niewczesnym stukaniem harmonijnych dźwięków, od których dzieliło ją tylko okno i okiennica. Gdy śpiew zakończył się nieokreślonym chrząknięciem, a instrument zajęczał przeciągle i ucichł, rozległ się chóralny, przenikliwy kobiecy jazgot wyrażający śmiech i głosy podziwu; nad tą wrzawą górował mocny i melodyjny głos ojca Roacha wołający ”Brawo, Pat Mahony!”
Skoro wszyscy w tym wesołym towarzystwie mówili jednocześnie i Moggy nie mogła zrozumieć ani jednego zdania, postanowiła nie czekać dłużej i poczęła z całych sił uderzać kołatką.
Służąca, która najwyraźniej znajdowała się w sieni, niemal natychmiast otworzyła drzwi i powitawszy Moggy w pośpiechu, podniecona i rozchichotana, wepchnęła ją do środka, chwyciwszy ją za ramię, po czym zamknęła za nią drzwi. Następnie damulki wymieniły między sobą zapytania: ”Jak się miewasz?” i ”Cóż to jesteś taka wytworna?”, po czym obie sąsiadki uścisnęły sobie ręce. Służąca duchownego opowiedziała Moggy, szepcząc jej na ucho z oszałamiającą szybkością: ”To wesele, takiej zabawy nigdyś nie widziała, takich tańców, śpiewów, śmiechów i takiej uciechy! Musisz zaczekać i ujrzeć to doborowe towarzystwo”, które częściowo można było dostrzec, a i usłyszeć przez półotwarte drzwi frontowego salonu; ”wieczerza będzie wspaniała: zrazy wołowe, dwie gęsi i cały cebrzyk ostryg”, itd., itd.
Muszę tu nadmienić, że uczta owa była w rzeczywistości bardziej romantyczna i cudowna niż biesiada na osławionym weselu Bogacza Camacho i stanowiła jeden z wielu setek dowodów, z jakimi spotkałem się w czasie mej długiej pielgrzymki, że uczciwa proza codziennego życia bywa nieraz dziesięciokroć bardziej zaskakująca niż nierealne fikcje nawet najlepszych epickich poetów.
Waleczny sir Jaufry skazany został co prawda na uwięzienie w lochu przez jasnowłosą Brunissendę, która jednak, gdy tylko go ujrzała, zakochała się w owym rycerzu i oddała mu w końcu swą rękę. Lecz gdyby jasnowłosa Brunissenda miała czterdzieści pięć lat lub, tak jak nasza da-
www.belloeforte.pl