Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 19
by zamknęła na klucz drzwi pokoju i nie wpuszczała ciebie ani twojej zgrai z piekła rodem, a następnie udam się tam, gdzie fantazja mnie poniesie... tak będzie... do usług łaskawej pani.
Co rzekłszy, Moggy oddaliła się z wyzwaniem w oczach, pstrykając palcami na znak lekceważenia i wycinając niezdarnie hołubce, po czym pobiegła jak szalona na górę po schodach, krzycząc po drodze: ”Niech pani zamknie drzwi na klucz, madame, ...niech pani zamknie drzwi!”
M. M. zbladła jeszcze bardziej, a gdy tylko przyszła do siebie, pomknęła w pogoń jak wcielenie złego ducha, którym być może była, z błyskiem obłędu czy żądzy mordu w oczach, który to błysk zawsze się w nich pojawiał, ilekroć ogarniał ją gniew.
Posępna twarz urzędnika sądowego rozjaśniła się cynicznym uśmiechem oczekiwania, widział bowiem, iż obie kobiety pałały chęcią walki. Lecz Brudny Davy wmieszał się i zepsuł wszystko; zatrzymał swą klientkę w biegu i sapiąc, począł szeptać jej do ucha wymówki.
— To dziwne, że nie mogę zrobić tego, co chcę, z moją własną... piękne prawa, zaiste!
— Ostrzegam panią jedynie, madame, że jeśli pani to uczyni, możemy mieć w przyszłości wiele kłopotów.
— Wkręcę jej kark w poręcz schodów — mruknęła M. M.
— A teraz, łaskawa pani, pójdę zawiadomić o pani przybyciu panów i panie w mieście, gdyż tam z kolei się udaję — oświadczyła Moggy, podskoczywszy w drzwiach z kpiącą dwornością i wojowniczym mrugnięciem; w spojrzeniu jej było coś tak prowokującego i zadziornego, że urzędnik sądowy stojący na progu odczuł pokusę, by klepnąć ją po plecach, i gdyby znał łacinę, zapewne wykrzyknąłby: macte virtute puer!
— Chwytajcie tego kocmołucha. Nie wolno ci się ruszyć z miejsca... ani na krok... trzymać ją! — krzyknęła M. M. do urzędnika.
— Ba! — to była cała jego odpowiedź.
— Słuchaj no — odezwał się Davy — pani Nutter nie mówi poważnie — nie mówi pani tego poważnie, madame? My ciebie nie więzimy, rozumiesz. Drzwi są otwarte. Nie ma tu mowy o zdradzieckim uwięzieniu lub o przemocy, rozumie panienka; dziękuję w każdym razie panience za jej propozycję. Nie będziemy zatrzymywać panienki siłą, skądże. Nie, dziękuję panience. Panie Redmond, proszę przepuścić tę młodą damę.
I Davy znów począł energicznie szeptać w ucho M. M.
Moggy znikła. Udała się wprost do miasta, do przyjaznego domu doktora Toole'a, lecz okazało się, że pojechał on do Dublina, i spodziewano się jego powrotu dopiero nazajutrz rano. Wobec tego Moggy pomyślała, by udać się do koszar i poprosić o oddział żołnierzy z armatą, jeśli zajdzie potrzeba, by odzyskać dom ”Pod Młynem”. Następnie przypomniała sobie o dobrym proboszczu Walsinghamie, lecz był on zbyt prostoduszny, by dać sobie radę z takimi wytrwałymi łobuzami. Generał Chattesworth znajdował się zbyt daleko i również nie był w pełni odpowiednim człowiekiem. Pułkownik Strafford tak samo nie nadawał się, a ci wszyscy młodzi pięknisie, ”ci kapitanowie i im podobni wykpiliby mnie tylko, a prócz tego, nic się nie znają na sprawach prawnych”. Wobec tego wybór Moggy padł na ojca Roacha.