Dom przy cmentarzu, T.II cz. 2 (Le Fanu Joseph Sheridan)
Strona 13
przedmiot moich poszukiwań, żyje — powiedział Mervyn.
— Hę! To nie przyszło mi do głowy — odparł Dangerfield okazując rozbawienie jedynie na tyle, na ile dawało się to pogodzić z przeciętnie dobrym wychowaniem — lecz mogę w pełni pojąć, panie Mervyn — ciągnął z nagłą zmianą w głosie i sposobie zachowania, stając się niemal serdecznym — pańską gotowość podtrzymywania przypuszczeń, które pozwalają panu żywić nadzieję, nadzieję mimo wszystko, obawiam się, opierającą się jedynie na urojeniach biednego hipochondryka Ironsa. Lecz niewykluczone, że coś może zwrócić moją lub pańską uwagę w sprawie niezupełnie tak romantycznej, hę? Jeszcze jedno — nie powiedział mi pan dotąd, jak u licha ów Charles Archer mógłby się panu przysłużyć. Lecz w tym przedmiocie porozmawiamy innym razem, teraz po prostu chcę powiedzieć, że z całego serca służę swym doświadczeniem i umiejętnościami, jakie posiadam, jeśli kiedykolwiek zechce pan z nich skorzystać. A już w tej chwili niechaj towarzyszą panu moje najlepsze życzenia.
Tak więc Mervyn ogłuszony i oszołomiony jak człowiek poruszający się we śnie — widząc wszystkie swe nadzieje w gruzach — minął drzwi małego saloniku Spiżowego Zamku, Dangerfield zaś odprowadził go do furtki, przez którą wychodziło się z posiadłości na gościniec, i pożegnał go tam ukłonem uśmiechając się przyjaźnie. Dangerfield stał jeszcze przez chwilę sztywny i wyprostowany z rękoma w kieszeniach, śledząc wzrokiem z tym samym szczególnym uśmiechem swego gościa oddalającego się w przygnębieniu.
Gdy znikł mu z oczu, Dangerfield powrócił do saloniku nadal uśmiechając się i stanął na dywaniku przed kominkiem, plecami do ognia. Po chwili cień zasnuł jego twarz. Spuścił w zamyśleniu wzrok trzymając ręce założone na plecach, a czubkiem buta wygładzając i wyrównując frędzle dywanika.
— Głupi, szalony i tchórz — potrójna zdatność do wyrządzenia szkody — nie wiem, czemu jeszcze żyje. Irons... otwierają się nowe widoki. I ten przeklęty młody człowiek! — To wszystko nie było, jak nieraz się czyta, ”wypowiedziane w myślach”, lecz całkiem dosłownie powiedziane szeptem, tak jak przypuszczam, każdy człowiek niekiedy coś do siebie mamrocze. — Charlesie Archerze żywy... Charlesie Archerze umarły... lub, jak mi się czasem wydaje, ani jedno, ani drugie... półczłowieku, półtrupie, wampirze... nie ma dla ciebie spoczynku: nie ma sabatu w żadnym dniu twego tygodnia. Krew... krew... krew... to męczące. Czemu mam 'być niewolnikiem tych przeklętych tajemnic. To nie tyle mój rozsądek, co sam diabeł mnie tu trzyma, jak mniemam. Irons ma więcej rozsądku niż ja... instynkt... wyrachowanie... co jest częściej słuszne? Panna Gertruda Chattesworth, zwykły kaprys, chyba również pojęła swą grę. Zajmę się tym jutro. Wyślę Daxonowi rachunki, kwity i czek dla lorda Castlemallarda... każę Smithowi sprzedać moje konie i następnym statkiem pocztowym... hę? — to mówiąc złożył pocałunek na swej dłoni z dziwnym uśmieszkiem, jak gentleman w czasie pożegnalnej wizyty. — I tak zostawię tych, którzy zabiegają o znajomość z Charlesem Archerem, by go sami szukali i łapali swego Tatarzyna, jeśli zdołają.
— Hę! To nie przyszło mi do głowy — odparł Dangerfield okazując rozbawienie jedynie na tyle, na ile dawało się to pogodzić z przeciętnie dobrym wychowaniem — lecz mogę w pełni pojąć, panie Mervyn — ciągnął z nagłą zmianą w głosie i sposobie zachowania, stając się niemal serdecznym — pańską gotowość podtrzymywania przypuszczeń, które pozwalają panu żywić nadzieję, nadzieję mimo wszystko, obawiam się, opierającą się jedynie na urojeniach biednego hipochondryka Ironsa. Lecz niewykluczone, że coś może zwrócić moją lub pańską uwagę w sprawie niezupełnie tak romantycznej, hę? Jeszcze jedno — nie powiedział mi pan dotąd, jak u licha ów Charles Archer mógłby się panu przysłużyć. Lecz w tym przedmiocie porozmawiamy innym razem, teraz po prostu chcę powiedzieć, że z całego serca służę swym doświadczeniem i umiejętnościami, jakie posiadam, jeśli kiedykolwiek zechce pan z nich skorzystać. A już w tej chwili niechaj towarzyszą panu moje najlepsze życzenia.
Tak więc Mervyn ogłuszony i oszołomiony jak człowiek poruszający się we śnie — widząc wszystkie swe nadzieje w gruzach — minął drzwi małego saloniku Spiżowego Zamku, Dangerfield zaś odprowadził go do furtki, przez którą wychodziło się z posiadłości na gościniec, i pożegnał go tam ukłonem uśmiechając się przyjaźnie. Dangerfield stał jeszcze przez chwilę sztywny i wyprostowany z rękoma w kieszeniach, śledząc wzrokiem z tym samym szczególnym uśmiechem swego gościa oddalającego się w przygnębieniu.
Gdy znikł mu z oczu, Dangerfield powrócił do saloniku nadal uśmiechając się i stanął na dywaniku przed kominkiem, plecami do ognia. Po chwili cień zasnuł jego twarz. Spuścił w zamyśleniu wzrok trzymając ręce założone na plecach, a czubkiem buta wygładzając i wyrównując frędzle dywanika.
— Głupi, szalony i tchórz — potrójna zdatność do wyrządzenia szkody — nie wiem, czemu jeszcze żyje. Irons... otwierają się nowe widoki. I ten przeklęty młody człowiek! — To wszystko nie było, jak nieraz się czyta, ”wypowiedziane w myślach”, lecz całkiem dosłownie powiedziane szeptem, tak jak przypuszczam, każdy człowiek niekiedy coś do siebie mamrocze. — Charlesie Archerze żywy... Charlesie Archerze umarły... lub, jak mi się czasem wydaje, ani jedno, ani drugie... półczłowieku, półtrupie, wampirze... nie ma dla ciebie spoczynku: nie ma sabatu w żadnym dniu twego tygodnia. Krew... krew... krew... to męczące. Czemu mam 'być niewolnikiem tych przeklętych tajemnic. To nie tyle mój rozsądek, co sam diabeł mnie tu trzyma, jak mniemam. Irons ma więcej rozsądku niż ja... instynkt... wyrachowanie... co jest częściej słuszne? Panna Gertruda Chattesworth, zwykły kaprys, chyba również pojęła swą grę. Zajmę się tym jutro. Wyślę Daxonowi rachunki, kwity i czek dla lorda Castlemallarda... każę Smithowi sprzedać moje konie i następnym statkiem pocztowym... hę? — to mówiąc złożył pocałunek na swej dłoni z dziwnym uśmieszkiem, jak gentleman w czasie pożegnalnej wizyty. — I tak zostawię tych, którzy zabiegają o znajomość z Charlesem Archerem, by go sami szukali i łapali swego Tatarzyna, jeśli zdołają.
www.belloeforte.pl